Pytanie szczerze ją ubawiło.

– Naturalnie, o mnie się nie martw. I dzięki za lunch.

– Keshia zwinnie wśliznęła się do taksówki i uśmiechnęła czule. Koledzy po fachu, akurat!

– Do poniedziałku. – Whit pomachał jej na pożegnanie i taksówka ruszyła.

Keshia westchnęła z ulgą. Nareszcie! Była wolna aż do poniedziałku. Szkoda tylko, że nie zostało jej nic oprócz kłamstw.

Weekend był cudowny. Rozsłonecznione niebo, lekki wietrzyk, niskie wskaźniki zanieczyszczenia powietrza i alergennych pyłków. Razem pomalowali sypialnię Marka na jaskrawy błękit. „To na cześć twoich oczu” – powiedział, kiedy sumiennie mazała pędzlem wzdłuż okna. Katorżnicza praca, ale gdy dzieło wreszcie zostało ukończone, oboje byli z niego niezmiernie dumni.

– Co byś powiedziała na piknik z tej okazji? – Mark był w doskonałym nastroju.

Zbiegła do Fiorelli po zakupy, Mark zaś tymczasem złapał za telefon. Jeden z przyjaciół George’a zgodził się im pożyczyć furgonetkę.

– Gdzie mnie porywasz, mój panie?

– Na Wyspę Skarbów. Moją własną Wyspę Skarbów.

– Mark zaczął nucić pirackie piosenki, ubarwiając je donośnymi okrzykami.

– Marku Wooly, jesteś szaleńcem – stwierdziła.

– Cóż z tego, kopciuszku, skoro ci się podobam…

W określeniu „kopciuszek” nie było złośliwości. Mark nigdy nie bywał złośliwy, a cóż dopiero w tak piękny, radosny dzień.

Zabrał ją na maleńką wysepkę na East River, bezimienny skrawek ziemi w pobliżu Wyspy Randalla. Zjechali z autostrady na wyboistą dróżkę, która zdawała się prowadzić donikąd, minęli wąski, chybotliwy mostek i nagle znaleźli się w krainie czarów. Powitała ich stara latarnia morska i zrujnowany zameczek. Wkoło nie było widać żywego ducha.

– Upadek domu Usherów – stwierdziła Keshia.

– Na mój prywatny użytek. A teraz także twój, moja pani. Nikt inny tu nie bywa.



52 из 307