
– To rzeczywiście koszmar – Keshia uśmiechnęła się smętnie na myśl, że i ona wróciła z wakacji z pomysłem na własną książkę.
Sekretarka pozbierała z biurka jakieś papiery i zniknęła za ciężkimi dębowymi drzwiami. Agencja literacka Simpson, Wells & Jones nie różniła się zbytnio od kancelarii Edwarda czy pomieszczeń banku, który prowadził większość jej rozliczeń: półki pełne książek, drewniane boazerie, mosiężne klamki i grube dywany w kolorze burgunda tchnęły solidnością, powagą i prestiżem. Może też dlatego Keshia miała poczucie, że w rękach Jacka Simpsona jej tajemnica jest całkowicie bezpieczna.
– Pan Simpson prosi panią.
Simpson wstał zza biurka z ojcowskim uśmiechem, wyciągając do niej rękę. Był to tęgi, łysiejący mężczyzna o skroniach przyprószonych siwizną. Uścisnęli sobie ręce serdecznie jak zawsze, po czym Keshia usiadła naprzeciw niego, a Pat natychmiast podała jej herbatę. Tym razem miętową; Simpson pijał ją na zmianę z English breakfast, po południu zaś nieodmiennie serwowano earl greya. Gabinet Simpsona był dla Keshii przystanią, schronieniem, gdzie mogła cieszyć się ze swych dokonań, toteż tu zawsze czuła się szczęśliwa.
– Mam dla ciebie następne zlecenie, moja droga.
– Cudownie. Jakie? – Keshia z zaciekawieniem uniosła głowę znad filiżanki.
– Trochę inne od tego, co dotąd robiłaś. Dlatego najpierw chciałem z tobą o tym porozmawiać.
– Czyżby pornografia? – zachichotała. Simpson był w wyraźnie niecodziennym nastroju. Zastanawiała się, co kryje w rękawie.
– Ładnych rzeczy się pannie zachciewa! – prychnął, zapalając cygaro marki Dunhill (Keshia posyłała mu pudełko co miesiąc). – Cóż, przykro mi, moja droga, ale muszę cię rozczarować. To wywiad.
Przyjrzał jej się spod oka. No tak, znów miała minę zaszczutego zwierzęcia. W życiu tej dziewczyny istniały sfery, których nawet on nie śmiał zgłębić.
– Wywiad? – twarz Keshii jakby się zamknęła. – Odpada. Masz coś jeszcze?
