
– Linka, przełóż tu nasze jajka – powiedziała pani Bukatowa, zaglądając do sieni z kobiałką w raku.- O, Tereska! Skąd się tu wzięłaś? Dobry wieczór. Znalazłaś się jak na zawołanie, przywiozłam kaszankę ze wsi, weźmiesz dla twojej mamy.
Okrętka wydarła swojej matce kobiałkę z ręki i wepchnęła ją Teresce, której udało się wreszcie rozplatać sznur od bielizny.
– Przełóż tu jajka. Czterdzieści… nie, pięćdziesiąt, nie, mamusiu, ile dla nas?
– Pięćdziesiąt. Walizkę zostaw, ja rozpakuję.
Tereska poczuła się zniecierpliwiona.
– Święta Madonno, czyście ograbiły bogatego chłopa?! Po jakiego diabła tyle tego?! Całe gospodarstwo rolne! Cóżeś taka schetana, piechotą szłaś całą drogą z tym wszystkim, czy co?!
– A co ty myślisz? Wyobrażasz sobie tę podróż? Z tymi tobołami! I z przesiadką! Wszyscy ludzie jadą do Warszawy, w pociągu piekło nie z tej ziemi! Nie było innego, tylko osobowy!
– To po co to było wozić?
– Bo wszystko świeże – powiedziała Okrętka stanowczo. – W mieście tego nie dostaniesz. Taka kaszanka to bywała przed wojną, a jajka prosto od krowy. A pierze z prawdziwych gęsi. Czekaj, trzeba wyjąć śmietanę dla tej pani…
Tereska z rezygnacją uznała, że musi się poddać. Okrętka nie oprzytomnieje, dopóki nie skończy się to pandemonium z bagażami. Nie pozostało jej nic innego, jak tylko wziąć w tym udział, żeby krócej trwało. Rozpierające ją uczucia nie chciały jednakże czekać i musiały się zacząć uzewnętrzniać.
– Był Boguś – powiedziała z pozorną obojętnością, przytrzymując dużą torbę.
Okrętka, która na obozie była świadkiem początków romansu, upuściła paczkę z kiełbasą.
– Co? O Boże, zdenerwowałam się! – powiedziała niespokojnie. – I co?
– Właśnie nie wiem – odparła Tereska, równocześnie promienna i zgnębiona.
– Muszę z tobą o tym porozmawiać. Dzisiaj był. Dopiero co poszedł.
– Jak to, dopiero dzisiaj? Myślałam, że już dawno! Czekaj, to pierze do góry nogami, bo inaczej się rozleci…
