
Uczeń patrzył na niego zaczerwienionymi oczami. Ranek był jeszcze zbyt wczesny, by być zwykłym wczesnym rankiem. I to było jedyne, co Mulisty Staw w obecnej chwili wiedział na pewno.
— No… co mistrz chciałby zjeść na śniadanie? — zapytał.
Wen spojrzał poprzez śnieżne połacie, nad fioletowymi górami, ku złocistemu światłu dnia kreującemu świat. I zadumał się nad pewnymi aspektami człowieczeństwa.
— Aha — powiedział. — Jedno z tych trudnych…
Aby coś istniało, musi być obserwowane.
Aby coś istniało, musi mieć pozycję w czasie i przestrzeni.
To tłumaczy, dlaczego nie da się doliczyć dziewięciu dziesiątych masy wszechświata.
Dziewięć dziesiątych masy wszechświata jest wiedzą o pozycji i kierunku wszystkiego w pozostałej jednej dziesiątej. Każdy atom ma swoją biografię, każda gwiazda swoją teczkę, każda przemiana chemiczna swój odpowiednik inspektora z notatnikiem. Nie da się tego wyrachować, tutaj bowiem prowadzona jest rachunkowość całej reszty, a nie można przecież zobaczyć własnej głowy od tyłu.
Dziewięć dziesiątych wszechświata to w rzeczywistości dokumentacja.
A jeśli chcecie usłyszeć opowieść, pamiętajcie, że ona się nie rozwija. Ona faluje. Wydarzenia, które zaczynają się w różnych miejscach i różnych czasach, zmierzają wszystkie do tego maleńkiego punktu w czasoprzestrzeni, który jest momentem perfekcji.
Przypuśćmy, iż ktoś przekonał cesarza, by włożył nowe szaty z materiału tak delikatnego, że dla zwykłego oka szat wcale nie było. I przypuśćmy, że jakiś chłopczyk obwieścił ten fakt czystym, donośnym głosem…
