— Aha. No tak. — Jeremy zerknął w papiery. — Dla którego również pracowałeś, jak widzę.

— Tak, fir.

— I który zmarł od zakażenia krwi?

— Tak, fir. Fpowodowanego brudnymi widłami.

— A… Nipsie Palownik?

— Ehm… Uwierzy pan, fir, że prowadził budkę z kebabami?

— Tak?

— Choć niezbyt konwencjonalnie, fir.

— Chcesz powiedzieć, że też był szaleńcem?

— No cóż… Miał swoje drobne dziwactwa, mufę przyznać, ale Igor nigdy nie ofądza fwojego pana czy pani, fir. Taki jeft Kodekf Igorów — tłumaczył cierpliwie Igor. — Fmiefny byłby to fwiat, gdybyśmy wfyfcy byli do fiebie podobni.

Jeremy nie miał pojęcia, co powinien teraz zrobić. Nigdy sobie nie radził w rozmowach z ludźmi, a ta obecna — poza spotkaniem z lady LeJean i sporem z panem Sochą na temat niechcianego sera — była najdłuższą konwersacją, jaką prowadził przez ostatni rok. Dlatego że trudno było uznać Igora za pasującego do kategorii „ludzie”. Do tej chwili definicja ludzi według Jeremy’ego nie obejmowała nikogo, kto ma więcej szwów niż damska torebka.

— Nie jestem pewien, czy mam dla ciebie pracę — powiedział. — Dostałem nowe zlecenie, ale nie wiem jeszcze… A zresztą nie jestem szalony!

— To nie jeft obowiązkowe, fir.

— Mam nawet dokument, który stwierdza, że nie jestem, rozumiesz…

— Brawo, fir.

— Niewielu ludzi zdobyło coś takiego!

— Fczera prawda, fir.

— I biorę lekarstwo, wiesz?

— Bardzo fłufnie, fir — pochwalił Igor. — Może pójdę teraz i przygotuję fniadanie? Tymczafem pan fię ubierze… jafnie panie.

Jeremy otulił się wilgotnym szlafrokiem.

— Zaraz wracam — rzucił i pobiegł na górę.

Igor zbadał wzrokiem stojaki na narzędzia. Nie było na nich ani drobinki kurzu. Pilniki, młotki i szczypce leżały ułożone według rozmiarów, a przedmioty na blacie zostały wyrównane z geometryczną precyzją.



35 из 315