
Drzewa wiśni były obsypane kwiatami. Tutaj kwitły zawsze. Gdzieś na tyłach świątyni zadźwięczał gong. Stadko białych gołębi wzniosło się do lotu z dachu klasztoru.
Cień padł na górę.
Lu-tze obejrzał się na osobę, która weszła do ogrodu. Niedbale wykonał gest symbolizujący posłuszeństwo wobec zirytowanego z wyglądu chłopca w szatach nowicjusza.
— Tak, panie? — zapytał.
— Szukam tego, którego nazywają Lu-tze — odparł chłopiec. — Chociaż nie wydaje mi się, żeby istniał.
— Uzyskałem lodowiec — oświadczył Lu-tze, nie zważając na jego słowa. — Wreszcie. Widzisz, panie? Ma ledwie cal długości, ale już rzeźbi własną dolinę. Wspaniały, prawda?
— Tak, tak, bardzo ładny — przyznał chłopiec z uprzejmości dla służącego. — Czy to jest ogród Lu-tze?
— Chodzi ci, panie, o Lu-tze, który jest znany ze swoich gór bonsai?
Nowicjusz spojrzał na rząd tac, a potem na pomarszczonego, uśmiechniętego staruszka.
— Ty jesteś Lu-tze? Ale przecież jesteś tylko sprzątaczem! Widziałem, jak zamiatasz sale sypialne! Widziałem, jak ludzie cię kopią!
Lu-tze, na pozór nie słuchając, podniósł tacę średnicy około stopy, na której dymił niewielki stożek popiołu.
— Co o tym myślisz, panie? — zapytał. — Wulkaniczna. I demonicznie trudna do uzyskania, przepraszam za swój klatchiański. Nowicjusz zbliżył się o krok, pochylił i spojrzał prosto w oczy sprzątacza.
Lu-tze nieczęsto bywał zakłopotany, ale był w tej chwili.
— Jesteś Lu-tze?
— Tak, chłopcze. Jestem Lu-tze.
Nowicjusz odetchnął głęboko i wyciągnął przed siebie chudą rękę. Trzymał w niej niewielki zwój.
— Od opata… eee, czcigodny.
Zwój drżał lekko w nerwowej dłoni.
