
Niemrawca proszę bardzo, ale, do diabła, przecież nie pod moim…!
Może bym i poszła na dyplomatyczny spacer w poszukiwaniu niewiernego kochasia, ale rozsypany po stole bursztyn nie pozwalał oderwać się od siebie i łagodził wściekłość, poza tym wątpliwe było, czy znalazłabym go w ciemnościach. Może pojechał do Piasków, nie miałam chęci lecieć tam na piechotę. Szlag mnie trafiał właściwie tylko w trzech czwartych, jedna ćwiartka czuła się szczęśliwa i usatysfakcjonowana. Ciekawiło mnie nawet, co też on zełga po powrocie i zdecydowana byłam przebierać te bryłki i okruszki nawet do rana.
Nie musiałam tak całkiem do rana, słodki piesek wrócił kwadrans po drugiej.
– Niech ci się nie zdaje – powiedział, chociaż nie zadałam żadnego pytania i nie odezwałam się w ogóle ani jednym słowem, patrząc tylko na niego wzrokiem bazyliszka. – Chciałem się zorientować, co oni z tym teraz zrobią i czy kupiec już jest. Mówiłem ci, węszę aferę. Otóż tak. Już czatują.
Wygłaszając ten dość mętny komunikat, obliczony niewątpliwie na ogłupienie przeciwnika, grzebał zarazem w walizce. Znalazł w niej piersiówkę koniaku, jeszcze nie napoczętą, odkręcił co należało i chlapnął sobie porządnie. Dopiero potem uczynił ku mnie butelką pytający gest.
Najpierw zdumiałam się zwyczajnie i niewinnie, a zaraz potem nabrałam podejrzeń.
