
– Nie wiem, może… – Powiedziała to całkiem poważnie.
– Niby dlaczego miałbym się zmienić? Kocham cię, Pilar, i o niczym nie marzę bardziej niż o wzięciu z tobą ślubu. Może potrzebowaliśmy pretekstu, który właśnie się nadarzył?
– I tym pretekstem ma być twoja nominacja? Właściwie dla czego? Kogo to obchodzi?
– Nikogo oprócz nas, ale ja chcę, abyś została moją żoną. – Ujął jej ręce i pocałował ją. – Kocham cię, Pilar Graham, i będę kochał do końca moich dni. Chcę cię poślubić bez względu na to, czy będę sędzią, czy nie. Jak się na to zapatrujesz?
– Myślę, że zwariowałeś – mruknęła z uśmiechem, ale zaraz zamknęła mu usta pocałunkiem. – Pewnie to przez tę stresującą pracę. Widzisz, ja zawsze lubiłam płynąć pod prąd. Miałam dwadzieścia pięć lat, a już byłam siwa jak gołąb. Nie przeszkadzało mi, że nie mam dzieci, choć inne kobiety paradowały z nosidełkami i wózkami. Lubię swoją pracę, więc nie miałam kompleksów z powodu staropanieństwa.
– I nie wstydzisz się żyć w grzechu? Gdzie twoje sumienie?
– Dawno się go wyzbyłam, odkąd mam do czynienia z sądami.
– Tak przypuszczałem, ale przynajmniej to przemyśl – rzucił luźno.
Nadeszły święta Bożego Narodzenia, a przez następne sześć miesięcy oboje tak zawzięcie wałkowali ten temat, że Brad miał już dość i dał sobie słowo, że nie ożeni się z Pilar, choćby go sama o to prosiła. Jednak w maju to właśnie ona go zadziwiła.
– Przemyślałam tę sprawę – oświadczyła, zaparzając kawę w ekspresie.
– Jaką sprawę? – Nie zorientował się od razu.
– No, naszą. – Przestraszył się, przygotowany na najgorsze. Tak nieprzewidywalną kobietę stać było na wszystko, nawet na podjęcie najdzikszych decyzji… – Sądzę, że powinniśmy się pobrać.
Powiedziała to bardzo rzeczowym tonem, podając mu kawę. Brad był tak zdumiony, że wybałuszył na nią oczy.
