ROZDZIAŁ DRUGI

Waszyngton


Obcasy pantofli Maggie O’Dell stukały po nędznym linoleum, zapowiadając jej nadejście. Jasno oświetlony korytarz, który przypominał pomalowany na biało betonowy tunel, ział pustką. Żadnych głosów, żadnych hałasów zza mijanych drzwi. Ochroniarz na parterze poznał ją, nim pokazała mu przepustkę, i puścił bez sprawdzenia dokumentu.

– Dzięki, Joe.

Odpowiedział jej uśmiechem, nie zorientowawszy się, że ukradkiem zerknęła na plakietkę z jego imieniem i nazwiskiem.

Zwolniła, żeby spojrzeć na zegarek. Do wschodu słońca brakowało jeszcze dwu godzin. Jej szef, zastępca dyrektora Kyle Cunningham, korzystając z telefonu, wyciągnął ją z łóżka. Zresztą nie była to jakaś wyjątkowa sytuacja. Jako agentka FBI Maggie przyzwyczajona była, że telefon dzwoni o każdej porze dnia i nocy. Nie było też nic dziwnego w tym, że szef wcale jej nie obudził, a jedynie przerwał rutynowe przerzucanie się po pościeli. Znowu obudziły ją koszmary. Bank jej pamięci obfitował w znaczną liczbę krwawych, przewracających wnętrzności obrazów, które wystarczą jej chyba na całe lata. Na samą tę myśl zacisnęła zęby, zdając sobie przy okazji sprawę, że idzie ze zwiniętymi w kułak, opuszczonymi po bokach dłońmi. Otworzyła je gwałtownie, wyprostowała palce i poruszyła nimi, jakby chciała je ukarać za to, że ją zdradzają.

Jedno było w każdym razie zaskakujące w telefonie Cunninghama: jego spięty i zdenerwowany głos, który z kolei stał się powodem zdenerwowania Maggie. Ten człowiek był wręcz uosobieniem opanowania i równowagi. Pracowała z nim od dziewięciu już prawie lat i odkąd pamiętała, zawsze mówił spokojnie, chłodno i rzeczowo. Nawet wtedy, gdy ją za coś upominał. Tym razem przysięgłaby, że słyszała lekkie drżenie w tym głosie, emocje, które musiały wypłynąć na powierzchnię. To wystarczyło, żeby ją poważnie zaniepokoić. Jeśli ta sprawa tak bardzo wyprowadziła Cunninghama z równowagi, to znaczy, że jest źle. Bardzo źle.



8 из 312