
Pokręciłem głową.
- Raczej nie.
- To skąd ten wniosek? - Wirde pochylił się nad stolikiem i wpatrzył we mnie w napięciu.
- Co pan wie o alchemii?
- Spotkałem się z kryptonimem „Alchemik” w notatkach syna - odparł, wskazując leżącą na stole teczkę. - Nie wiem, jaki ma to związek z alchemią jako taką. Nigdy mnie takie sprawy nie interesowały. - Wzruszył ramionami.
- Alchemia uchodzi za poprzedniczkę chemii, za naukę, której adepci trwonili czas i pieniądze, chcąc opracować metodę zamiany ołowiu w złoto lub wytworzyć kamień filozoficzny dający nieśmiertelność i leczący wszelkie choroby - wyjaśniłem krótko.
- Uchodzi? - Wirde uniósł brwi.
- To nie jest takie proste. Koncepcje alchemiczne są jedyne w swoim rodzaju i nie mają nic wspólnego z zasadami chemii. Niektóre z nich sprawdziły się w praktyce.
- Niech zgadnę, pewnie nie chodzi o to przekształcanie ołowiu w złoto - westchnął bankier. - To by było zbyt piękne.
- Są rzeczy cenniejsze od złota - zauważyłem.
- Mianowicie?
- Alchemia jest uprawiana do dzisiaj, tak było też w okresie międzywojennym. Niektórzy adepci osiągnęli obiecujące rezultaty.
- A konkretnie?
- We Francji niejaki Barbault opracował recepturę „roślinnego złota”. Substancja ta leczy uremię, syfilis i stwardnienie rozsiane.
- Leczy?!
- Tak, niektórzy lekarze stosują ten preparat. To tylko jeden z przykładów. Nie ma się czym zachwycać, bo „roślinne złoto” okazało się koszmarnie drogie w produkcji i raczej nie zanosi się, aby wyparło klasyczne leki. Chodzi mi tylko o fakt, że niekoniecznie wszystkie koncepcje alchemiczne to bajka…
- Rozumiem, że ów wymieniony w dokumentach Alchemik nie zajmował się raczej leczeniem syfilisu - stwierdził Wirde, zapalając cygaro.
- Nie. Opracował substancję, która całkowicie neutralizowała naturalny zapach człowieka, zastępując go wonią lasu. To wiadomo na pewno.
