
Davidoff sapnął ze zniecierpliwieniem, a potem nagle zmienił temat.
- To kto tam był oprócz ciebie?
- Cztery dziewczynki, miały mniej więcej po dziesięć lat. No i jakiś maluch, sześciolatek. Nie do końca chyba rozumiał, co się wokół działo. Na szczęście…
- Musisz ich odszukać - stwierdził stanowczo.
- Nie odważę się…
- Musisz - powtórzył Davidoff. - Prędzej czy później trzeba to będzie wyjaśnić. Aha, a co z tym tatusiem? - zapytał z pozorną niedbałością, ale jego oczy błysnęły złowrogo.
Wzruszyłem ramionami.
- Nie wiem.
Spojrzał na mnie ze złością.
- To znaczy, nie wiem dokładnie. Ale myślę, że wujek Maks…
- Tak?
- No… on to chyba załatwił.
- Co to znaczy: załatwił?! Poprosił gościa, żeby nie krzywdził więcej dzieci?
Wywróciłem oczyma.
- Wujek Maks wykonywał dość specyficzny zawód - wyjaśniłem. - Zrezygnował z tego, ale pozostała mu pewna… bezkompromisowość. Wątpię, aby zostawił tę sprawę niedokończoną.
- Nie spytałeś? Przez tyle lat?
- Nie zna pan wujka Maksa - mruknąłem. - Jeśli wujek mówi, że nie ma się czym martwić, to znaczy, że faktycznie szkoda na to czasu. Wujek… jak by to powiedzieć… nie uznawał półśrodków.
- Gdzie on pracował? - zapytał niespodziewanie Davidoff.
- Nie wiem dokładnie… Nauczył mnie tego wszystkiego. - Machnąłem niezdecydowanie ręką.
- Otwierania zamków i użycia noża?
- Między innymi.
- Ach, tak…
Rosjanin z zadowoleniem zapalił cygaro. Na twarz powrócił mu lekki uśmiech. Przez chwilę milczał, najwyraźniej zastanawiając się nad czymś. Podsunął mi paczkę Hoyo de Monterrey Churchills. Odmówiłem gestem. Nie lubię palić, kiedy jestem zdenerwowany.
- No dobrze, wrócimy do tego jeszcze, na razie musisz skoncentrować się na sprawie Wirdego.
Skinąłem posłusznie głową i wyszedłem z gabinetu. Tym razem pominąłem nieco krępujące pożegnalne rewerencje. Wiedziałem, że Davidoff się na mnie nie obrazi.
