Pokręciłem się trochę wokół Harbeckera - wysokiego, łysiejącego blondyna pod pięćdziesiątkę. Mimo wieku poruszał się płynnie, jakby tańczył. To typowe u ludzi trenujących sztuki walki. Facet mógł okazać się niebezpiecznym przeciwnikiem.

Podczas integracyjnego wyjazdu na grilla przyjrzałem mu się z bliska, a dokładniej jego dłoniom. Miał grube, rozwinięte od systematycznego uderzania w twarde przedmioty kostki, ale nie zauważyłem narośli charakterystycznych dla większości ćwiczących karate. Musiał chyba stosować po treningu specjalne, ziołowe preparaty, które sprawiały, że skóra na kostkach pozostawała delikatna. To była wyższa szkoła jazdy. Nie powiem, żeby mnie to napawało przesadnym optymizmem, ale na tym etapie sprawy toczyły się same. Uczelniane grillowanie połączone było z konsumpcją piwa, więc udając pijanego, rzuciłem kilka aluzji odnośnie do mojego zainteresowania przedwojenną alchemią i badaniami młodego Wirdego. Na rezultaty nie musiałem długo czekać, już następnego dnia zauważyłem na swojej ulicy należącą do Harbeckera Hondę Civic. Na uczelni dowiedziałem się, że profesor Harbecker zachorował… Czas zakończyć tę sprawę.

Do kamienicy na Garncarskiej wybrałem się po dwunastej w nocy. Według moich ustaleń większość lokatorów stanowili starsi ludzie, którzy o tej porze powinni już spać. Prawdopodobieństwo, że ktoś teraz zejdzie do piwnicy było bliskie zeru. Jednak gdy znalazłem się w wąskim, ciemnym korytarzu, wydało mi się, że wyczuwam czyjąś obecność. Zamarłem w półprzysiadzie, rezygnując z zapalenia światła. Powoli, bardzo powoli oparłem się o ścianę, rozluźniłem mięśnie i przymknąłem oczy, aby przyzwyczaić wzrok do mroku. Na szczęście dokładnie zamknąłem drzwi wejściowe. Jeśli ktoś tu był, będzie musiał zaatakować w ciemności. W odróżnieniu od większości ludzi taka sytuacja mi odpowiadała.



36 из 278