
– Praporszczyk Lewart, Paweł Sławomirowicz – przemówił wreszcie, nadal z nosem w teczce, jakby nie mówił, ale na głos odczytywał którąś z teczkowych bumag. – Jak tam wasz wstrząśnięty mózg? Uleżał się? Jesteście w pełni władz umysłowych?
– Tak toczno, towariszcz major.
– Zdolni odpowiadać na pytania?
– Tak jest, towarzyszu majorze.
Sawieliew uniósł głowę. I zwiędłochabrowe oczy. Ujął ołówek, stuknął nim o blat.
– Kto – spytał, kontrapunktując stuknięciem – strzelał do waszego starleja? Starszego lejtnanta Kirylenki?
Lewart przełknął ślinę.
– Melduję, że nie wiem. Towarzyszu majorze.
– Nie wiecie.
– Nie wiem. Nie widziałem tego.
– A coście widzieli?
– Bój. Bo trwał bój.
– A wyście walczyli.
– Tak jest, towarzyszu majorze. Walczyłem.
– A za coście, ciekawość, walczyli, praporszczyk? W słusznej, po waszemu, walczyliście sprawie? Czy niesłusznej?
