
– Po co to? – zagadnął Skórzewski.
– Na wypadek pożaru – poważnie wyjaśnił właściciel. Mówił po niemiecku niemal bez akcentu. – Przed stu laty żywioł ognia pochłonął większą część miasta. Dlatego z prawie każdego pomieszczenia są dwa wyjścia. Domy są też połączone, aby w razie czego można było uciekać przez sąsiedni.
Paweł pokiwał głową i o nic już nie pytał. Przeszli do niedużej izby z oknem wychodzącym na port. Gospodarz zapalił kilka świec i w pokoju pojaśniało. W jedną ze ścian wpuszczone było łóżko, zasłonięte podniesioną w tej chwili klapą. Druga umożliwiła przejście z łoża do kolejnego zapewne pomieszczenia. Nawet gdyby pożar zaskoczył ich we śnie, są gotowi do ucieczki… Skórzewski już wiedział, dlaczego tu nie używa się lamp naftowych. Weszła gospodyni, wysoka, z pięknym, rudym warkoczem, wniosła parawan z rzeźbioną ramą i postawiła go pod jedną ze ścian. Armauer wyjął z torby kilka strzykawek, pudełka z jakimiś szpilkami oraz parę nicianych rękawiczek i miskę. Nad płomieniem palnika spirytusowego starannie opalił igły w drewnianych oprawkach.
– Poprosimy pierwszych pacjentów – powiedział do kupca.
– W takim razie ja pierwszy. – Lars uśmiechnął się lekko, po czym zniknął za parawanem. Wyszedł po chwili prawie nagi.
Armauer patrzył na niego przez dłuższą chwilę. Skórę kupca pokrywały piegi, ale po za tym nie budziła podejrzeń.
Kiwnął głową.
– Panu nic nie dolega…
Olafsen ubrał się i wyszedł. Po chwili pojawiła się jego żona. Rozebrała się, stanęła przed lekarzami w samej bieliźnie. Na łopatce miała dziwną, różową plamę. Hansen przypatrywał się jej przez chwilę, a potem sięgnął po igłę.
– To stara blizna po oparzeniu – zaprotestowała.
– Panie kolego… – zwrócił się do Pawła. – Proszę nakłuć kilka razy na głębokość trzech milimetrów.
