
– No! I żeby mi spokój był! – krzyknęła, zawracając konia. – Nie grabić, zarazy, niczego! Sama sprawdzę!
Ktoś naprawdę spadł z siodła. Trzeba go było podnieść, bo uderzył głową w wystający korzeń. Żołnierze rechotali tak, że rannego upuszczono dwa razy. Uspokoili się dopiero dużo później, kiedy obie wojowniczki zniknęły na lesistym zboczu góry. Ruszyli dalej drogą, a właściwie błotnistym szlakiem. Szczęście w nieszczęściu, że nie mieli już wozów. Nie dałoby się przepchać ich tym traktem. Po dłuższej chwili do Zaana podjechał setnik.
– Panie. Może obóz rozbijemy? – zapytał. – Konie zdrożone, żołnierze zmęczeni okrutnie.
– Wolałbym jechać dalej. Mamy straszne opóźnienie.
– Tak, panie. Ale żołnierze zdrożeni.
– Mówiłeś, że konie.
Sirius podjechał do nich. Słyszał całą dyskusję. Nie był człowiekiem mnożącym problemy. Uniósł się w strzemionach i krzyknął do tyłu:
– Chłopaki, przed nami całe Arkach leży! Wiecie, co mam na myśli?
„Zdrożeni” żołnierze ruszyli naprzód z zupełnie nowym zapałem.
Nie bardzo wiadomo, co miała na myśli śliczna i z pewnością dzielna żołnierz Arkach, mówiąc, że od zajazdu dzieli ich dzień drogi. Zaraza jedna wie, o jaką szybkość podejrzewała obcych. Może chodziło o galop? Ale przecież żaden koń na świecie nie wytrzyma galopu przez cały dzień! Pozbawiony taborów oddział musiał jechać na poły błotnistą, na poły kamienistą drogą wijącą się wśród coraz wyższych gór aż dwa dni. Niewielka karczma, przylepiona do lesistego stoku nad zakolem górskiej rzeki, poprawiła im jednak humory.
Sirius podjechał do dowódcy oddziału.
– Rozbijcie obóz pod lasem. Spróbujcie kupić owsa dla koni, bo skapieją w tych górach na samej trawie. Gdzieś tam jest wioska. – Wskazał dymy ciągnące się nad najbliższym wzgórzem. – I żadnych rozrób z miejscowymi! Prawie nie znamy tego kraju.
