
– I wiecie, kumie – perorował najwyższy z nich, wymachując skórzanym kubkiem dla podkreślenia efektu. – I ta, psiamać, jaśnie pani oficyjer, nawet, psiamać, z konia nie zlazła, tylko mówi, żeby przejście dać dla wojska! Przez moje pole, psiamać, kumie, normalnie, no! Przez moją ojcowiznę! Cztery tuziny wojska tam, normalnie, było albo może i sto razy więcej!
– I co zrobiliście?
– No jak, co? Mówię, psiamać, po moim trupie! A ona, że wykup da.
Chłopi się roześmieli, jakby powiedział coś śmiesznego.
– A ja na to, że nie będą mi pola deptać, bo dopiero com je siał. Hajda w las! Mówię…
– I co? Poszli lasem?
– No, co ty? – Chłop spojrzał zdziwiony, jakby ducha zobaczył. – Toż lasem by nie przeszli, tam stromizna taka.
– No? No i co zrobiły wojaczki?
– No ona, że wykup. A ja, co mi będzie cenę urzędową dawała? Toż siew był, a w sianokosy ile zboże będzie stało, pytam, wie ona? No, to mówię, po moim trupie, krzywdy mojej nie będzie! No! No i tak gadaliśmy i gadaliśmy… Aż wreszcie mówi, że da cenę z rynku. Nooooo… Ja mówię, inna rozmowa. Piniądz za zboże tyle, co na rynku stoi, a nie po urzędzie. No to mówię, moja strata niech będzie, biorę piniądz, mówię, i przechodźcie. No to mi papier napisała, że tiralirą szli, nie gęsiego. Tak tam stało! Wójt odczytał, choć powoli mu szło. I mówi, że piniądza nie da, bo za dużo już razów wojsko tiralirą idzie bez pola i w kasie pusto.
– Kto mówi? Pani oficyjer czy wójt?
– No wójt, przeca, ten kiep durnowaty! Mówi, że piniądza nie ma, bo wojsko miast gęsiego, to tego… no, źle chodzi. Musi więcej sprytnych chłopów w okolicy papier wykupowy mu dało. A co? Co ma być? Nasza strata?
