
– Wobec tego oczekuję pana i pana Caseya w przyszły poniedziałek. Spodziewam się, że będzie pan gotów. Czy wyraziłem się jasno?
– Tak, wysoki sądzie. Dziękuję.
Urzędnik wywołał następną sprawę, a ja odsunąłem się od stołu obrony, przyglądając się, jak zastępca szeryfa wyprowadza z zagrody mojego klienta. Casey zerknął na mnie z miną wyrażającą złość i zarazem dezorientację. Podszedłem do Reynalda Rodrigueza i zapytałem, czy wpuści mnie do celi, żebym mógł się jeszcze przez chwilę naradzić z klientem. Była to uprzejmość zwyczajowo wyświadczana stałym bywalcom sali sądowej. Rodriguez wstał, otworzył drzwi za swoim biurkiem i gestem zaprosił mnie do środka. Pamiętałem, aby tym razem zwrócić się do niego, używając właściwego imienia.
Casey siedział w celi z jeszcze jednym oskarżonym – tym, którego sprawę wywołano wcześniej. Pod trzema ścianami przestronnego pomieszczenia stały ławki. Nieszczęście aresztantów polegało na tym, że jeśli ich sprawa znalazła się na początku wokandy, musieli potem czekać w tej klatce, aż zbierze się w niej tyle osób, by zapełnić furgonetkę, która miała ich odeskortować do aresztu okręgowego. Casey natychmiast podszedł do krat, żeby ze mną porozmawiać.
– Co to niby za świadek? – natarł na mnie.
– Pan Kasa – odparłem. – Żeby ruszyć ze sprawą, potrzebujemy tylko pana Kasy.
Casey skrzywił się ze złością. Próbowałem uprzedzić jego atak.
– Posłuchaj, Haroldzie, wiem, że szybko chcesz mieć z głowy proces, a potem apelację. Ale za pospieszny trzeba zapłacić. Z własnych bolesnych doświadczeń wiem, że ściąganie z kogoś forsy, kiedy już bryka na swobodzie, nigdy nie wychodzi mi na dobre. Chcesz grać, to płać. Teraz, nie potem.
Skinąłem głową i już miałem się odwrócić w stronę drzwi prowadzących na wolność, ale postanowiłem powiedzieć mu coś jeszcze.
– Niech ci się nie wydaje, że sędzia nie wie, o co chodzi – oznajmiłem. – Trafił ci się prokurator żółtodziób, który nie musi się co miesiąc martwić o zarobek. Ale sędzia Powell, zanim go wybrali na urząd, przez długie lata był adwokatem. Dobrze wie, co to jest poszukiwanie „niezbędnych świadków”, pewnie nie potraktuje zbyt życzliwie oskarżonego, który nie płaci swojemu obrońcy. Puściłem do niego oko, Haroldzie. Jeżeli zechcę, będę mógł oddać sprawę.
