
– Znasz jakieś szczegóły? – zapytałem.
– Zatrzymali go wczoraj wieczorem. Chyba nie poszedł mu podryw w barze. Adwokat rodziny twierdzi, że kobiecie zależy na kasie.
Wiesz, po sprawie karnej wytoczyłaby mu proces cywilny. Ale nie jestem taki pewien. Z tego, co słyszałem, dziewczyna wygląda dość paskudnie.
– Jak się nazywa ten adwokat?
– Chwila. Mam tu gdzieś wizytówkę.
Czekając, aż Valenzuela znajdzie wizytówkę, wyjrzałem przez okno. Za dwie minuty miałem się znaleźć w Lancaster, a za dwanaście na sali sądowej. Potrzebowałem co najmniej trzech z tych minut, aby naradzić się z klientem i przekazać mu złą wiadomość.
– Mam – odezwał się Valenzuela. – Facet nazywa się Cecil C.
Dobbs. Mieszka w Century City. Widzisz, mówiłem. Pieniądze.
Valenzuela miał rację. Ale to nie adres adwokata zapowiadał grube pieniądze. Tylko nazwisko. Znałem reputację CC. Dobbsa i przypuszczałem, że na liście jego klientów nie ma prawie nikogo, kto nie mieszkałby w Bel – Air czy Holmby Hills. Jego klientela jeździła do domu tam, gdzie gwiazdy zdawały się sięgać ziemi i dotykać namaszczonych wybrańców losu.
– Podaj mi nazwisko klienta – powiedziałem.
– Louis Ross Roulet.
Przeliterował i zapisałem imię i nazwisko w notatniku.
– Prawie jak ruletka, tylko wymawia się „rulej” – ciągnął Valenzuela. – Przyjedziesz, Mick?
Najpierw zanotowałem nazwisko Dobbsa, po czym odpowiedziałem mu pytaniem:
