
— …Wycofać kompanię z boju…
Iskry spod gąsienic. Kompania wdarła się na pozycje baterii rakietowej. Zgrzyt w uszach — czy to zgrzytają gąsienice po stalowej płycie, czy to zęby celowniczego w moich słuchawkach?
— …Wycofać kompanię z boju…
Aby nie trafić przypadkowo w swojego, czołgi nie czekając na rozkaz przerwały kanonadę, tylko warczą, jak wilki rozdzierające jelenia na części. Czołgi tłuką swymi pancernymi łbami delikatne podnośniki, dźwigi i wyrzutnie, w tłusty czarnoziem wgniatają dumę ł chlubę artylerii rakietowej. Rozwalaj!
— …Wycofać kompanię z boju… — dobiega mnie po raz kolejny czyjś odległy skrzekliwy głos, i raptem rozumiem, że to do mnie zwraca się obserwator. Ech, do diabła! Któż to w chwili szczytowej, bez mała seksualnej rozkoszy odrywa ludzi od ulubionego zajęcia? Obserwatorze, niech cię szlag, moich ogierów tym sposobem na wałachów przerobisz! Coś ty, wróg ludu czy burżuazyjny szkodnik? Takiego wała! Kompania, rozwalaj! I waląc pięścią w pancerz, wymyślając w otwarty eter całej sztabowej swołoczy, która prochu nigdy w swoich kancelariach nie wąchała, rozkazuję:
— Kompania! Zaprzestać walki! Plutonami jeden za drugim na polankę po lewej, marsz!
Mój mechanik w porywie wściekłości ściąga do oporu lewy drążek tak, że czołg całą swą masą przewala się w prawo, łamiąc wpół brzozę ślicznotkę. Po mistrzowsku wrzuca co sekundę kolejne biegi i błyskawicznie dochodząc do najwyższego przełożenia goni pancernego dinozaura w przód poprzez krzaki i głębokie wykroty, by za moment brawurowo zawrócić w miejscu, redukując obroty niemal do zera. Czujemy mocne szarpnięcie do przodu, jak w samolocie hamującym nagle przy końcu pasa startowego. Pozostałe czołgi z rykiem rozczarowania wypadają jeden po drugim z lasu i gwałtownie zwalniając ustawiają się na jednej linii.
