
– Wiem, że cierpisz. Mogę skrócić twoje cierpienia. Chcesz tego? Wiem, że tego chcesz!
Znów pojawia się ostry promień. Wełniana skarpeta drży. Kapeć zsunął się ze stopy i leży teraz koło rdzewiejącego kółka. Wygląda jak martwy pies.
Gdańsk, 18.06.2006, 11:00
Jarosław Pater szedł powoli ulicą Kartuską w stronę punktu zakładów sportowych „Profesjonał". Pod ścianami szarych i ceglastych domów z liszajami graffiti walały się worki ze śmieciami. Było przedpołudnie, a nad miastem unosiło się widmo żaru, który nie puszczał od przeszło tygodnia. Pater czuł, że koszula przylepiła się już do pleców. Wirowało mu w głowie i wydawało mu się, że za chwilę zemdleje. Upałowi towarzyszył zawiesisty smród z kontenerów na śmieci. Pater dopiero teraz rozumiał, jak potężną bronią dysponowali pracownicy zakładu oczyszczania miasta. To, że strajkowały kopalnie i huty, jakoś Patera nie obchodziło. Listów też się nie spodziewał. W najlepszym razie listonosze nie przyniosą nowych rachunków, zatem brak wiadomości to dobra wiadomość. Pociągiem też się nigdzie nie wybierał, a na niezaplanowane wizyty nie liczył. Pozostawali śmieciarze.
Przepełnione kontenery wypchnięto na ulicę. Dziurawe worki huczały od os, tłukących się w pustych plastikowych butelkach po coli i lemoniadzie, szerszenie wyrywały kawałki mięsa z nadgryzionych kurczaków, tłuste larwy wiły się w półotwartych puszkach mielonki, fetor nie pozwalał na swobodny wdech. Pater przypomniał sobie, że niedawno czytał coś o tym, że gdy społeczeństwo się różnicuje, to i rzeczy wyrzucane na śmietnik stają się bardziej różnorodne. „Teraz to trzeba uważać nie tylko na to, co masz, ale i na to, czego się pozbywasz" – przypomniał sobie, co mówił jego podwładny, Kulesza, gdy gwiazdor mediów i zarazem ekspert udzielający porad w kolorowych pismach wyrzucił na śmietnik serię kompromitujących go zdjęć. „Ten to przynajmniej miał portfolio" – jeszcze raz wspomniał, co mówił wtedy Kulesza. „Portfolio"? Skąd tamten, do licha, znał to słowo?
