
— Nie rozumiem tego.
— Błąd programowania?
— Wykluczony. „Ariel” lądował tym programem szereg razy — osiowo i we wszystkich możliwych dryfach.
— Ale na Księżycu. Tam jest mniejsze ciążenie.
— To może mieć pewne znaczenie dla agregatów mocy, ale nie dla zespołów informacji. A moc nie zawiodła.
— Kolego Rahaman?
— Nie znam dobrze tego programu.
— Ale model komputera pan zna?
— Tak.
— Co może przerwać tok procedury lądowania, jeżeli nie ma przyczyn zewnętrznych?
— Nic.
— Nic?
— Bomba podłożona pod komputer — zapewne… Padły wreszcie te słowa. Pirx słuchał z największą uwagą. Szumiały ekshaustory, dym zgęszczał się przy ich wylotach pod sufitem.
— Sabotaż?
— Komputer działał do końca, jakkolwiek w sposób dla nas niepojęty — zauważył Kerhoven, jedyny intelektronik w komisji, który był miejscowym człowiekiem.
— No… bomba, tak to tylko powiedziałem — wycofał się Rahaman. — Procedurę główną, więc lądowania albo startu, może przerwać w normie, jeśli komputer jest sprawny, tylko coś nadzwyczajnego. Wypadnięcie mocy…
— Moc była.
— Ale w zasadzie komputer może przerwać główną procedurą?
Przewodniczący wiedział to przecież. Pirx rozumiał, że nie mówi teraz do nich: mówił to, co miała usłyszeć Ziemia.
— Teoretycznie może. Praktycznie — nie. Od czasu powstania kosmonautyki nie zdarzył się alarm meteorytowy w toku lądowania. Meteoryt można wszak wykryć w zbliżaniu. Wtedy lądowanie po prostu się odracza.
— Ale nie było przecież żadnych meteorytów?
— Nie.
To był koniec ślepej uliczki. Przez chwilę panowała cisza. Ekshaustory szumiały. Było już ciemno za okrągłymi oknami. Marsjańska noc.
