
W końcu wczesnym rankiem osiemnastego usłyszeliśmy trąbki i bębny wzywające do ataku. Wydaliśmy niezbyt zgrany okrzyk — pamiętaj, Panie Ojcze, że wtedy po raz pierwszy dane mi było skosztować smaku prawdziwej bitwy — i wystawiłem swój głupi łeb z okopu, żeby lepiej widzieć, co się dzieje.
Jako pierwsi ruszyli w dymach wystrzałów i oparach mgły Francuzi, depcąc zsiekaną ziemię. Rosjanie tylko na nich czekali i galijskie zuchy legły pokotem, niczym podcięte kosą; następne szeregi wpadły na powalonych i niebawem rozpętało się prawdziwe piekło. Obawiam się, Ojcze, że część dzielnych Galów oddała życie w tym całym chaosie z winy źle prowadzonego ognia sprzymierzonych.
W końcu dostaliśmy rozkaz do natarcia. Ruszyliśmy, strzelcy, po zrytym błocie, okrzyki paliły nam gardła, a odblaski słońca na zjeżonych bagnetach wskazywały drogę. Biegliśmy na najświetniejszą rosyjską redutę — Ząbek; mieliśmy osłaniać oddział, który niósł drabiny i worki z wełną, żeby wspiąć się na kamienne ściany dwuramnika. Wypaliłem z mojego karabinu i przez kilka chwil ogień bitewny płonął mi w żyłach!
Na nieszczęście Rosjanom ani było w głowach tańczyć do naszej melodii.
Pozostali w fortyfikacjach i zasypali nas najbardziej morderczym gradem z kartaczy i karabinów, jaki można było sobie wyobrazić. Ojcze, nigdy nie pojmę, jakim cudem przeżyłem tamto natarcie, gdyż wszędzie wokół mnie padali i nie wstawali lepsi niż ja żołnierze. W końcu zahaczyłem obcasem o miękką krawędź leja po pocisku; poleciałem na brzuch i wylądowałem na dnie leja. Ogień kartaczowy Rosjan zasłonił mi światło słońca. Wciskałem się w błoto, wiedząc, że wychylić nos w tamtej chwili, to szukać pewnej śmierci.
