
Żar był nieprawdopodobny.
Po długim czasie podmuch opadł i podniosłem się na rozdygotane nogi. Poparzeni i szlochający ludzie, broń, resztki namiotów, oszalałe ze strachu konie — wszystko leżało porozrzucane na ziemi, jak zabawki rozkapryszonego dziecka gigantów. Ojcze, w niecały kwadrans nasz obóz został zniszczony w takim stopniu, w jakim do tej pory nie udało się tego uczynić Rosjanom, jaśnie pani cholerze, generałowi styczniowi i pułkownikowi lutemu.
Tymczasem nad Sewastopolem wyrósł wielki czarny młot.
Jakiś żołnierz leżał obok mnie i płakał. Jego oczy zamieniły się w mętną galaretę — straszną galaretę, jak ślepia gotowanego pstrąga. Długie chwile kucałem przy nim, ściskając mu dłoń i pocieszając, jak tylko umiałem. Obok przechodził oficer — mundur miał spalony nie do poznania, ale poskręcana szabla nadal wisiała u pasa — i zawołałem:
— Co oni nam wyrządzili, panie kapitanie? Czy to jakaś nowa diabelska broń Kozaków?
Przystanął i spojrzał na mnie. Piekielne światło wyryło na twarzy tego młodego człowieka starcze zmarszczki.
— Nie, chłopcze, to nie Kozacy, to nasze dzieło — rzekł.
Początkowo nie pojmowałem sensu jego słów, ale wskazał na chmurę rozwiewającą się nad Sewastopolem i wreszcie dotarła do mnie zdumiewająca prawda: jeden pocisk naszego inżyniera trafił w Sewastopol i doprowadził do tak potężnego wybuchu, że nawet my — oddaleni o trzy mile — staliśmy się ofiarami jego działania.
