
– Muszę ci przypomnieć, panie, że narzędzia były ozdobione złotem i szlachetnymi kamieniami, a ta szkatułka i ten, za pozwoleniem, chłam – nie…
Kreol zamyślił się. Słowa dżinna brzmiały prawdopodobnie.
– Masz rację, niewolniku. – Niechętnie kiwnął głową. – W takim razie myśl, jak je odzyskać. I to szybko – to jest dla mnie teraz najważniejsza sprawa.
– Panie, czy mogę ci przypomnieć, że znajdujemy się teraz w siedzibie maga, najpewniej wrogiego nam, a ty jesteś bezbronny jak dziecko?
– Nie gadaj głupot! – ofuknął go Kreol. – Gdyby ten mag chciał nas zabić, nie pozwoliłby mi ożyć! Hmm, brzmi to nieco głupio… Nieważne, i tak najważniejsze są narzędzia. Myśl!
– Wezwij demona i każ mu odszukać to, co zgubiłeś – bez zbędnych wahań zaproponował Hubaksis.
– Demona, mówisz… – zamyślił się Kreol. – W zasadzie, dlaczego by nie – przywoływanie demonów zawsze było moją ulubioną rozrywką. A konkretnie kogo?
– Może Andromalis się nada? Według mnie specjalizuje się właśnie w odnajdywaniu zagubionych rzeczy, panie.
– Masz rację, niewolniku, ale o czymś zapomniałeś. – Kreol zmarszczył brwi z rozdrażnieniem. – Zgodnie z umową nie mam prawa przywoływać demona częściej niż raz na jedenaście lat, a Andromalisa ostatnio, mmm… No tak, co ja gadam…
– No właśnie, panie! – Wstrętny pyszczek Hubaksisa promieniał uśmiechem. – Spałeś pięć tysięcy lat, więc teraz możesz przywoływać wszystkie od początku!
– No dobrze. – Kreol kiwnął głową. – Przygotuj mi pieczęć Andromalisa, niewolniku!
Dżinn pokłonił się swemu panu, w jego rękach zaczął formować się mglisty dysk, na którym coraz wyraźniej widać było rysunek – cztery przecinające się linie z trzema zygzakami na brzegach i grubymi kółkami na końcach linii. Magiczna pieczęć Andromalisa. Właściwie tylko jej iluzja, ale w tym wypadku nie miało to znaczenia. Najważniejszy był sam obraz.
