
Galiana czuła, jak mija jej radosny nastrój. Miała wcześniej nadzieję, że pogłoski o wojnie są przesadzone.
— Jednak, jak widać, zwyciężyliśmy — powiedziała.
— Nie. W zasadzie nie. Rozumiesz… wojna nadal trwa.
— Ale to już…
— Pięćdziesiąt cztery lata — stwierdziła Skade. — No, tak, oczywiście były wzloty i upadki, zawieszenia broni i krótkie okresy odprężenia. Ale się nie utrzymały. Znów odrodziły się stare konflikty ideologiczne, otwarły się jak świeże rany. W istocie oni nam nigdy nie ufali, a my uważaliśmy ich za reakcyjnych ludystów, którzy nie chcą zaakceptować nowej fazy ludzkiego rozwoju.
Po raz pierwszy po przebudzeniu Galiana poczuła migrenowy ucisk za gałkami ocznymi, a wraz z nim burzę pierwotnych emocji, wyjącą z najstarszej części ssaczego mózgu. To przerażający strach przed pościgiem, przed zbliżającą się watahą ciemnych drapieżników.
Maszyny, powiedziała pamięć. Maszyny jak wilki, które przyszły z przestrzeni międzygwiezdnej i wczepiły się w płomień wyrzucany przez twój statek.
Nazwałaś je wilkami, Galiano.
Ich.
Nas.
Dziwne wrażenie ustąpiło.
— Przecież przez długi czas tak dobrze ze sobą współpracowaliśmy — powiedziała Galiana. — Na pewno znów znajdziemy płaszczyznę porozumienia. Są ważniejsze rzeczy od małostkowej walki o to, kto zarządza pojedynczym układem.
Skade pokręciła głową.
— Niestety, za późno. Za dużo ludzi zginęło, za wiele obietnic złamano, zbyt wiele popełniono okrucieństw. Konflikt rozszerzył się na inne układy, wszędzie, gdzie znajdowali się Hybrydowcy i Demarchiści. — Uśmiechnęła się, lecz był to uśmiech wymuszony, i jej twarz natychmiast przybrała neutralny wyraz, gdy tylko mięśnie się odprężyły. — Sytuacja nie jest aż tak rozpaczliwa, jak sobie wyobrażasz.
