
— Sprowadź nas dwadzieścia klików niżej — poleciła.
— Jesteś pewna, panienko?
— Tak, do cholery.
Podłoga nachyliła się. Antoinette obserwowała, jak barometr odmierza rosnące ciśnienie: dwie atmosfery, trzy, cztery i jeszcze więcej. Ufała, że reszta „Burzyka”, poddana teraz ujemnemu ciśnieniu, nie rozerwie się nad nią jak mokra papierowa torebka.
Nie wiem, co się jeszcze stanie, ale chyba już naruszyłam warunki gwarancji na statek, pomyślała.
Gdy Antoinette odzyskała pewność siebie — a raczej gdy jej puls wrócił do normy — ruszyła, centymetr po centymetrze, w stronę otwartej śluzy, wlokąc ze sobą trumnę. Żmudny był to pochód, bo co kilka metrów musiała przypinać i odpinać zaczepy mocujące trumny, ale robiła to cierpliwie, bez irytacji.
Wzrok jej przywykł i dostrzegła teraz w widmie światła srebrzystoszary komponent. Światło stopniowo mętniało, przybierało barwę żelaza czy postarzałego brązu. Epsilon Eridani nie była zbyt jasną gwiazdą i teraz jej promienie przechodziły przez warstwy planetarnej atmosfery. Gdy statek będzie schodził coraz niżej, wszystko ściemnieje, aż widok zacznie przypominać dno oceanu.
Właśnie o to ojcu chodziło.
— W porządku, Bestio, dbaj o stabilny lot. Za chwilę spełnię swą powinność.
— Uważaj na siebie, panienko.
Bramy towarowe ładowni znajdowały się w różnych miejscach „Burzyka”, ale ta obecnie otwarta, w dolnej części statku, była skierowana do tyłu w stosunku do kierunku lotu. Antoinette dotarła do brzegu, czubki butów wystawiła parę centymetrów za krawędź. Pozycja wydawała się niestabilna, ale Antoinette była bezpiecznie przypięta. Ciemny brzuch statku, wygięty łagodnie w stronę ogona przesłaniał widok od góry, ale w dole i po bokach nic nie zakłócało perspektywy.
— Miałeś rację, tato — szepnęła na tyle cicho, by Bestia jej nie słyszała. — To dość zadziwiające miejsce. Uważam teraz, że dokonałeś dobrego wyboru.
