
Powinien nastać złoty wiek.
Ale Demarchiści — poprzedni władcy — nigdy nie pogodzili się z rolą przeżytków historycznych. Utrata pozycji irytowała ich. Przez wieki byli jedynymi sojusznikami Hybrydowców i właśnie miało się to skończyć. Demarchiści gotowali się do wojny, by odzyskać straconą pozycję.
— Dostrzega pan rozpadlinę, panie Clavain? — Mężczyzna wskazał ciemną owalną plamę, ledwo widoczną między wieżami i drapaczami chmur. — Mówią, że Lilly umiera. Hybrydowcy zostali stąd wyparci, więc nie utrzymują jej przy życiu. Pogorszyła się jakość powietrza. Niektórzy uważają, że miasto znów trzeba będzie nakryć kopułami. Ale może Hybrydowcy wkrótce odzyskają to, co przedtem do nich należało.
— Trudno o inne wnioski — odparł Clavain.
— Przyznaję, że nie dbam o to, kto zwycięży. Dawałem sobie radę przed nastaniem Hybrydowców i daję sobie radę teraz, gdy ich nie ma. Nie znałem miasta pod rządami Demarchistów, ale nie wątpię, że znajdę sposób, by jakoś przeżyć.
— Kim pan jest?
— Lepiej niech pan spyta, gdzie jesteśmy. Proszę spojrzeć w dół, panie Clavain.
Clavain spojrzał. Z miejsca, w którym stał, nie mógł się dokładnie zorientować, jak wysoki jest budynek. Miał wrażenie, że stoi w pobliżu szczytu olbrzymiej, bardzo stromej góry i patrzy w dół na boczne szczyty i ramiona masywu tysiące metrów w dole; te podrzędne szczyty przeważnie górowały nad budowlami w okolicy. Nisko w dole przebiegał najwyższy korytarz ruchu. Część potoków ruchu płynęła przez sam budynek, między jego kolosalnymi łukami i bramami. Poniżej poprowadzono inne warstwy ruchu powietrznego. W dole Clavain dostrzegł sieć wiaduktów, a pod nimi niewyraźne tarasy, na których założono parki i jeziora — wydawały się bardzo dalekie, przypominały plamki na płaskiej mapie.
Budynek był czarny, o monumentalnej architekturze, i choć Clavain nie domyślał się jego kształtu, miał wrażenie, że z innego punktu miasta widziałby obiekt ciemny, martwy i lekko przerażający, jak samotne drzewo nadpalone przez piorun.
