
– Skąd pani… – zaczął i zreflektował się. – O, nie będę kręcił, bo i tak się pani domyśli. Owszem, ta nieboszczka.
– A ja jedną Borkowską znam! – oznajmiła Martusia z triumfem. – Ale nie Barbarę, tylko Lucynę, i nie tu ani w Krakowie, tylko w Zamościu. Ma sklep warzywniczy. To nie ona tu leżała z pewnością, rozpoznałabym ją, jest potwornie gruba. I nie ruda.
– Bardzo dobrze – pochwalił komisarz informację, nie wiadomo dlaczego. – Czy ma pani broń palną?
Martusia zachłysnęła się piwem.
– Niech pan mnie tak nie zaskakuje – poprosiła. – Nie mam i nie chcę mieć, ja się boję broni palnej!
– Ja chcę, ale też nie mam – wyznałam z żalem i nagle ożywiłam się nadzieją.
– A może pan mi nie uwierzy? I zrobicie u mnie rewizję? Takie porządne, rzetelne przeszukanie?
– Zwariowałaś, na co ci przeszukanie? – zgorszyła się Martusia.
– Jak to, na co? Może przy okazji znajdą czerwony grzebień ze szpikulcem?
– A, grzebień… Rozumiem. Jeszcze go nie znalazłaś od zeszłego roku?
– Nie. Nie miałam kiedy szukać.
Komisarz przyglądał się nam z rosnącym zainteresowaniem.
– Cały czas była pani dziś w domu? – zwrócił się znów do mnie.
– Poza chwilowymi pobytami w ogródku, cały.
– I nic pani nie słyszała?
Zdezorientował mnie doszczętnie.
– Jakie nic…? Nie ogłuchłam przecież! Radio grało, słyszałam doskonale, koty miauczały, jak wyszłam z puszką, gong u furtki słyszałam… Co jeszcze miałam słyszeć?
– Huk, na przykład. Albo warkot samochodów.
– W pracowni samochodów nie słychać, chyba że budowlane. Ale przez ostatnie parę dni ta budowa naprzeciwko stoi i nie jeżdżą. Huku żadnego nie było. A, rozumiem!
Tę facetkę ktoś zastrzelił?
Martusia z miejsca okazała sceptycyzm.
– A skąd ty wiesz, że ktoś, może ona tak sama siebie? Samobójczyni?
