
Jednak widziałem Sheilę przy łóżku mojej matki i zacząłem się zastanawiać. Zaryzykowałem.
– Powinnaś zadzwonić do rodziców – powiedziałem łagodnie. Popatrzyła na mnie tak, jakbym właśnie ją spoliczkował. Wstała z łóżka.
– Sheila?
– To nie jest odpowiednia chwila, Will.
Podniosłem oprawione w ramkę zdjęcie moich opalonych, wypoczywających rodziców.
– Równie dobra jak każda.
– Nic nie wiesz o moich rodzicach.
– A chciałbym.
Stanęła do mnie plecami.
– Zajmowałeś się dziećmi, które uciekły z domu powiedziała.
– Tak?
– Wiesz, jak to bywa.
Znów pomyślałem o jej lekko nieregularnych rysach, na przykład o nosie z wiele mówiącym garbkiem.
– Wiem również, że jest jeszcze gorzej, jeżeli się o tym nie rozmawia.
– Ja rozmawiałam o tym, Will.
– Nie ze mną.
– Nie jesteś moim psychoterapeutą.
– Jestem człowiekiem, którego kochasz.
– Tak. – Odwróciła się do mnie. – Ale nie teraz, dobrze?
– Proszę.
Może miała rację. Bezwiednie bawiłem się fotografią oprawioną w ramkę. I nagle coś się stało.
Zdjęcie trochę przesunęło się w ramce.
Okazało się, że zasłaniało drugie. Jeszcze bardziej przesunąłem górną fotografię. Na tej pod spodem pokazała się dłoń. Próbowałem odsunąć fotkę dalej, ale się nie dało. Namacałem blaszki z tyłu ramki. Przekręciłem je i pozwoliłem, aby tylna ścianka upadła na łóżko. Razem z nią wypadły dwie fotografie.
Jedna – ta górna – ukazywała moich rodziców na pokładzie statku, tak zdrowych, szczęśliwych i beztroskich, jakich chyba nigdy nie widziałem. Lecz to druga, ta ukryta pod nią, przykuła mój wzrok.
Czerwone cyfry w dolnym rogu zdjęcia podawały datę sprzed niecałych dwóch lat.
