
Nie wiem, dlaczego chciałem przejrzeć rzeczy, które matka uważała za dostatecznie cenne, żeby je zachować i trzymać blisko siebie. Wiedziałem, że sprawi mi to ból. Istnieje interesująca zależność między celowo wywołanym cierpieniem a ulgą, coś jak odpowiednik gaszenia pożaru ogniem. Pewnie właśnie o to mi chodziło.
Spojrzałem na śliczną, skupioną twarz Sheili – głowę lekko przechyliła w lewo i spuściła oczy – i zrobiło mi się trochę lżej na sercu. Może zabrzmi to dziwnie, ale mogłem wpatrywać się w nią godzinami. Nie tylko z powodu jej urody, bynajmniej nie klasycznej, nieco zniekształconej przez kaprys genetyczny lub – co bardziej prawdopodobne – jakieś wydarzenie z jej tajemniczej przeszłości, ale dlatego, że była to żywa, dociekliwa twarz, a jednocześnie tak delikatna, że jeszcze jeden cios mógłby zniszczyć ją nieodwołalnie. Sheila budziła we mnie – wybaczcie ten banał – opiekuńcze uczucia.
Nie patrząc na mnie, uśmiechnęła się leciutko i powiedziała:
– Przestań.
– Nic nie robię.
W końcu zwróciła na mnie wzrok i zobaczyła wyraz mojej twarzy.
– Jak to nie?
– Wzruszyłem ramionami.
– Jesteś całym moim światem – odparłem.
– Ty moim też.
– Taak – przyznałem. – Taak, to prawda.
– Udała, że daje mi prztyczka w nos.
– Kocham cię, wiesz.
– A masz inne wyjście?
Spojrzała na rzeczy mojej matki i z jej czoła zniknęła zmarszczka.
– O czym myślisz? – zapytałem.
– O twojej matce. – Sheila uśmiechnęła się. – Naprawdę ją lubiłam.
– Żałuję, że nie znałaś jej przedtem.
– Ja też.
