
Odpowiedź na narzucające się samo przez się pytanie: Nie, nigdy tego nie wybaczył rodzicom.
Podniósł słuchawkę.
– Christian?
– To pan, panie Bolitar?
– Tak. Mów mi… Myron.
Pogódź się z nieuniknionym – cecha mędrca.
– Przepraszam, że przeszkadzam. Wiem, jak bardzo jest pan zajęty.
– Właśnie negocjuję twój kontrakt. W sąsiednim pokoju siedzą Otto Burke i Larry Hanson.
– Bardzo się cieszę, ale to ogromnie ważne. – Christianowi drżał głos. – Muszę się z panem zobaczyć.
Myron przełożył słuchawkę do drugiej ręki.
– Coś się stało, Christianie? Co za spostrzegawczość!
– Ja… nie chciałbym o tym mówić przez telefon. Czy możemy się spotkać u mnie, w akademiku?
– Nie ma sprawy. O której?
– Jak najszybciej. Nie wiem… nie wiem, co o tym myśleć. Chcę, żeby pan to zobaczył.
Myron wziął głęboki oddech.
– Nie ma sprawy. Wyrzucę Ottona i Larry’ego – powiedział. – To dobrze zrobi negocjacjom. Będę za godzinę.
Zajęło mu to znacznie dłużej.
Wszedł do garażu Kinneya na Czterdziestej Szóstej Ulicy, niedaleko od swojej agencji na Park Avenue. Skinął głową garażowemu Mario, minął tablicę z cenami za parkowanie, u dołu której małymi literami napisano: „+ 97% podatku”, i skierował się do samochodu stojącego poziom niżej – forda taurusa w wersji podstawowej.
Już miał otworzyć drzwiczki, gdy usłyszał syk. Węża? Prędzej powietrza z przebitej opony. Tylnej prawej. Szybko sprawdził, że ją przecięto.
– Cześć, Myron.
Odwrócił się i ujrzał dwóch uśmiechniętych mężczyzn. Jeden z nich był rozmiarów nielicznego narodu Trzeciego Świata. Choć sam – przy wzroście metr osiemdziesiąt z okładem i wadze stu kilogramów – też nie należał do ułomków, to tamten mierzył ponad dwa metry i dobijał do stu trzydziestu. Ciało intensywnie trenującego ciężarowca miał tak napakowane mięśniami, jakby pod ubraniem nosił niezatapialne kamizelki ratunkowe. Drugi, przeciętnie zbudowany, paradował w filcowym kapeluszu.
