
Clip Arnstein odwrócił się ku nim. Łysy, krzepki, z zagonami siwizny nad uszami, potężnym torsem mimo ósmego krzyżyka, dużymi dłońmi pokrytymi brązowymi plamami i niebieskimi żyłami grubości gumowych ogrodowych węży. Był w granatowym garniturze i czerwonym krawacie. Nikt się nie odezwał. Nikt się nie poruszył. Przez kilka sekund Clip lustrował Myrona od stóp do głów.
– Podoba się panu mój krawat? – spytał Myron.
Calvin Johnson skarcił go spojrzeniem. Clip Arnstein ani drgnął.
– Ile masz lat, Myron? – spytał.
Ciekawe pytanie na początek.
– Trzydzieści dwa.
– Grywasz w koszykówkę?
– Trochę.
– Jesteś w formie?
– Mam zademonstrować?
– Nie, to zbyteczne.
Nikt nie zaproponował Myronowi, żeby spoczął. Nikt nie usiadł. Wprawdzie w loży były fotele tylko dla widzów, ale dziwnie jest stać w pomieszczeniu przeznaczonym do siedzenia. Myron poczuł się nieswojo. Zaczęło mu to przeszkadzać. Nie wiedział, co zrobić z rękami. Wyjął pióro, lecz to nie pomogło. Gest ten za bardzo kojarzył się z Bobem Dole’em. Wsadził więc ręce do kieszeni i stanął pod dziwnym kątem jak wyluzowany model z katalogu Searsa.
– Mamy dla ciebie interesującą propozycję, Myron – powiedział Clip Arnstein.
– Propozycję?
Zasada: zawsze sonduj kontrahenta.
– Tak. To ja pozyskałem cię do drużyny.
