
– Drugi raz – powiedział Myron.
– Trzeci – sprostował Win. – Widziałem ich wcześniej, kiedy tu podjechałem.
– Robią to niefachowo.
– Owszem. Ale nie wiedzieli, że zadanie będzie wymagać fachowości.
– Sprawdzisz ich numery rejestracyjne? Win skinął głową.
– Sprawdzę też, czy Greg brał jakieś pieniądze z automatu i czy płacił kartą kredytową – odparł, doszedł do jaguara i go otworzył. – Dam ci znać, jeśli się czegoś dowiem. Zajmie mi to najwyżej parę godzin.
– Wracasz do firmy?
– Najpierw jadę do mistrza Kwona.
Kwon był ich mistrzem taekwondo. Obaj mieli czarne pasy – Myron pas drugiego stopnia, Win, jako jeden z najbardziej wtajemniczonych białych na świecie, pas szóstego stopnia. Myron nie znał nikogo lepszego od niego w sztukach walki. Win wyuczył się wielu ich odmian, włącznie z brazylijskim dżudo, pięcioma zwierzęcymi stylami kung – fu i dżit – kun – do Bruce’a Lec. Win był Chodzącą Sprzecznością. Chociaż wyglądał na rozpieszczonego, bogatego maminsynka, był w rzeczywistości niezrównanym wojownikiem. A już w żadnym wypadku nie był – wbrew swojej powierzchowności – osobą normalną i zrównoważoną.
– Co robisz dziś wieczorem? – spytał Myron.
Win wzruszył ramionami.
– Jeszcze nie wiem.
– Mogę ci załatwić bilet na mecz.
Win nie odpowiedział.
– Chcesz przyjść?
– Nie.
Win wsunął się za kierownicę jaguara, zapalił silnik i ruszył z kopyta bez pisku opon. Zdziwiony jego obcesowością, Myron stał i patrzył, jak auto przyspiesza. W zasadzie, parafrazując jedno z czterech pytań święta Paschy, czemu dzisiejszy dzień miałby się różnić od innych?
Sprawdził godzinę. Do konferencji prasowej zostało kilka godzin. Dość czasu, żeby wrócić do biura i zawiadomić Esperanzę o zmianach w życiorysie. Wiedział, że jego gra w drużynie Smoków poruszy ją jak nikogo.
