
Wytrącona z ręki BROŃ upadła dziesięć stóp dalej. Nastawiona nadal na ogień ciągły, błyskawicznie obróciła w próżnię krzaki na kilka j ardów przed Dixonem.
Wyczołgał się spod konara i dał nura po pistolet. Ale drzewak był szybszy. Dixon rzucił się twarzy do ziemi.
Drzewsk, triumfalnie wrzeszcząc wywijał dezintegratorem nad głową. Wielkie drzewa przecinane na pół z hukiem waliły się na poszycie lasu. Powietrze pociemniało od fruwających liści i gałązek, grunt pokryły głębokie rowy. Kolejne machnięcie dezintegratorem skosiło następne drzewo — tuż obok Dixona; zwaliło się kilka cali od jego stopy. Uskoczył w bok i następne machnięcie przeszło mu nad głową.
Opuściły go resztki nadziei, gdy wtem drzewak zgłupiał. Idiotycznie coś bełkocząc, zadowolony, zwrócił broń w swoja stronę, próbując zajrzeć do lufy.
Głowa zwierzęcia bezgłośnie zniknęła. Dixon spostrzegł swoja szansę. Rzucił się przed siebie przeskakując rów i porwał dezintegrator, zanim następny drzewsk zdążył go złapać, by od nowa zacząć zabawę. Przerwał ogień.
Kilka psów uskoczyło przed nim zbiegły się tu przed chwila, by mu się przyjrzeć.
Nie ośmielił się otworzyć do nich ognia. Paskudnie trzęsły mu się łapy większe ryzyko dla niego niźli dla psów. Obrócił się i kuśtykając ruszył w kierunku statku.
Bestie ruszyły jego śladem. Po chwili uspokoił się nieco. Popatrzył na połyskującą w ręku BROŃ. Miał teraz dla niej więcej uznania. I trochę się jej obawiał — tak, bał się bardziej niż psy. One najwyraźniej nie skojarzyły zniszczenia lasu z dezintegratorem. Dla nich wyglądało to raczej na gwałtowną, niespodziewana burzę.
A ta już minęła. Znów nastał czas polowania.
Przedzierał się teraz przez gęstwę, unicestwiając krzaki przed sobą, by utorować sobie drogę. Psy, biegnąc z obu stron, dotrzymywały mu kroku. Strzelał teraz bezustannie, biorąc od czasu do czasu na cel i psa. Było ich teraz już kilkadziesiąt — napierały nań ze wszyst kich stron.
