Ojciec natychmiast pojawił się u mego boku. Podniósł mnie i wróciliśmy na brzeg. Kiedy siedziałam już na przewróconym pniaku, pomacał moje ramiona i żebra, a potem ściągnął mi but.

– Kości całe. – Poruszył bolącą stopą. Zmarzłam, więc potarłam skórę, żeby ją rozgrzać. Wpatrywałam się w jego białe pasemka wśród marchewkowych włosów i przygryzłam wargę. Łzy w moich oczach nie były łzami bólu, lecz upokorzenia: zrobiłam z siebie idiotkę. Skrzywiłam usta, gdy ojciec przycisnął kciuk do mojej spuchniętej kostki. Już wykwitał na niej fioletowy siniak.

– Aniu, jesteś jak biała gardenia. – Uśmiechnął się. – Piękna i czysta. Musimy na ciebie uważać, łatwo nabijasz sobie siniaki.

Oparłam głowę na jego ramieniu. Omal nie wybuchnęłam śmiechem, jednak przez cały czas płakałam.

Czułam łzy na policzkach, szybko otarłam twarz, zanim matka zdążyła się odwrócić. Goście wychodzili, raz jeszcze pomachałyśmy im na pożegnanie, po czym zgasiłyśmy światła. Matka zabrała z salonu świecę i w jej łagodnym blasku ruszyłyśmy na górę po schodach. Płomień drżał, czułam pośpieszny oddech matki. Bałam się jednak na nią spojrzeć i ujrzeć, że cierpi. Nie potrafiłam jej pocieszyć, podobnie jak nie umiałam pocieszyć siebie. Pocałowałam ją na dobranoc przed drzwiami i pobiegłam do swojej sypialni na poddaszu, położyłam się i nakryłam twarz poduszką, by matka nie usłyszała mojego szlochu. Uświadomiłam sobie, że człowiek, który nazwał mnie białą gardenią, dźwigał na ramieniu i wirował wraz ze mną, aż miałam zawroty głowy ze śmiechu, już nigdy się nie zjawi.

Gdy minął okres oficjalnej żałoby, wszyscy powrócili do normalnego życia. Opuścili mnie i matkę, musiałyśmy radzić sobie same.

Posortowane tkaniny trafiły do magla, a matka powiedziała, że powinnyśmy zanieść kwiaty pod ulubioną wiśnię ojca. Pomagała mi zasznurować buty, gdy nagle usłyszałyśmy szczekanie naszych psów, Saszy i Gogla. Podbiegłam do okna, spodziewając się następnej gromadki żałobników, ale przed furtką ujrzałam dwóch japońskich wojskowych.



4 из 427