
Odstąpił krok wstecz, by móc w pełni rozkoszować się widokiem pokrytej wstążkami, kawałkami metalu i błyszczącymi szkiełkami piersi Billa.
— Ale ja… — zabulgotał się Bill. — No nie, dziękuję za propozycję, ale…
Sierżant tylko się uśmiechnął, przygotowany na większy nawet opór i nacisnął guzik na swoim pasie. Guzik ten uruchomił hipnotyczną igłę zamontowaną w obcasie rękruckiego buta. Nieodparty impuls szarpnął rękę Billa, a kiedy dziwna mgła ustąpiła mu z oczu zobaczył, że właśnie podpisał się swoim imieniem.
— Ale…
— Witamy w Oddziałach Kosmicznych! — zagrzmiał sierżant waląc go po plecach (skała!) i wyjmując mu długopis ze zdrętwiałych palców. — Zbiórka! — zaryczał jeszcze głośniej i żołnierze zaczęli wysypywać się z knajpy.
— Co żeście zrobili z moim synem?! — rozległo się donośne zawodzenie. Na rynek wpadła matka Billa, jedną ręką trzymając się za obfitą pierś, drugą zaś ciągnąc młodszego brata Billa, Charliego. Charlie rozbeczał się i zsikał w majtki.
— Pani syn służy teraz ku chwale Cesarza — odparł sierżant, ustawiając w szereg swych obwisłoszczękich i garbatych rękrutów.
— Nie! Nie możecie tego zrobić! — rozpaczała matka, rwąc sobie z głowy posiwiałe włosy. — Jestem biedną wdową, on jest moją jedyną nadzieją, on…
— Mamo! — zawołał Bi11, ale sierżant wepchnął go z powrotem do szeregu.
— Niech pani będzie dzielna — powiedział. — Nie może być dla matki większego powodu do dumy. Wepchnął jej do ręki dużą, świeżo wybitą monetę. — To premia zaciągowa, cały nowiutki szyling Cesarza! Wiem, że On sam chce, żeby to pani dostała. Baczność!
