
Galder zignorował go chwilowo. Dbał tylko o to, by mocno trzymać się kamieni i wzmacniać personalne zaklęcia ochronne. Awanse nie zdarzały się często w fachu, który tradycyjnie gwarantował długie życie. Nikt więc nie miał pretensji do młodszego maga, jeśli próbował zająć miejsce swego mistrza — uprzednio usunąwszy stamtąd poprzedniego lokatora. Poza tym było w Trymonie coś niepokojącego. Nie palił i pił wyłącznie przegotowaną wodę. Galder żywił niemiłe podejrzenie, że jest sprytny. Nie uśmiechał się zbyt często, lubił liczby i przedziwne schematy struktur organizacyjnych, na których była masa kwadracików i strzałek wskazujących inne kwadraciki. Krótko mówiąc, był takim człowiekiem, który potrafi użyć słowa „personel” i nie żartować.
Cały widzialny Dysk okrywała teraz migotliwa biała skóra. Pasowała idealnie.
Galder spojrzał na własne dłonie. Przesłaniała je blada sieć lśniących nitek, które podążały za każdym ruchem palców.
Rozpoznał to zaklęcie. Sam takich używał. Ale jego były słabsze… o wiele słabsze.
— To czar Przemiany — oświadczy! Trymon. — Cały świat ulega zmianie.
Niektórzy, pomyślał niechętnie Galder, mieliby dość przyzwoitości, żeby na końcu takiego zdania umieścić wykrzyknik.
Zabrzmiał delikatny, czysty dźwięk, wysoki i ostry, jakby myszy pękło serce.
— Co to było? — spytał Galder. Trymon pochylił głowę.
— Chyba Cis.
Galder milczał. Biała mgła zniknęła i do obu magów zaczynały docierać pierwsze odgłosy budzącego się miasta. Wszystko wydawało się dokładnie takie samo jak poprzednio. Więc tyle wysiłku tylko po to, żeby nic się nie zmieniło?
Galder poklepał się po kieszeniach nocnej koszuli, a po chwili odnalazł obiekt poszukiwań za uchem. Wsunął do ust wilgotny niedopałek, wezwał magiczny ogień spomiędzy palców i zaciągnął się dymem tak mocno, aż niebieskie światełka rozbłysły mu przed oczami. Raz czy dwa zakaszlał.
