— Od dawna nie miałem świeżej protoplazmy — westchnął.

Parke starał się opanować. Zdawał sobie sprawę, że nie wolno mu poddać się panice. Wiedział już, na czym polegała ta potworna, ostateczna broń Marsjan. Ostateczna broń, która nie oszczędziła ani obrońców, ani agresorów. Parke zbliżył się wolno do czarnej maszyny na kołach, którą przed godziną wytoczył z magazynu wraz z Edselem. Uruchomił aparaturę. Wokół niego powstała sina mgła pola magnetycznego.

Ale sina mgła niszcząca pociski nie stanowiła przeszkody dla olbrzymiej paszczy. Potwór zachichotał znów i bez trudu przedostał się przez mgłę magnetyczną. Parke sięgnął teraz po broń, którą zabił Edsela. Skierował śmiercionośny promień w sam środek paszczy.

Potwór zbliżał się coraz bardziej.

— Giń, giń! — wrzeszczał Parke z całych sił naciskając spust broni.

Paszcza była już nad nim.

— Lubię spokojną protoplazmę — dudnił skrzeczący głos pod hełmem — ale lubię również żywą protoplazmę.

Paszcza przełknęła żarłocznie Parkego i wyszła z obrębu pola magnetycznego, rozglądając się wkoło z tęsknotą za milionami jednostek protoplazmy, które przed tysiącami lat zamieszkiwały tę planetę.



12 из 12