
— Nieźle — stwierdził Edsel, poklepując pistolet. Odłożył go i sięgnął po broń innego typu.
— Proszę cię, Edsel — mówił błagalnym głosem Faxom nerwowo zezując w jego stronę. — Nie ma potrzeby wypróbowywania jej. Możesz jeszcze wywołać jakiś wybuch atomowy czy coś w tym rodzaju.
— Zamknij się — zgasił go Edsel, oglądając broń w poszukiwaniu mechanizmu uruchamiającego.
— Nie strzelaj już — błagał Faxon. Obejrzał się na Parkego, oczekując od niego poparcia, ale tamten spokojnie obserwował Edsela. — Przecież któraś ze znajdujących sil tu rzeczy mogła spowodować likwidację wszystkich mieszkańców Marsa. Nie chcesz chyba uruchomić jeszcze raz tej strasznej broni?
Edsel znów strzelił i z zadowoleniem przyglądał się ognistemu efektowi wybuchu gdzieś w oddali.
— Dobra rzecz — pochwalił i sięgnął po trzeci rodzaj broni, dziwny instrument podobny do zwykłego pręta. Zapomniał już o nękającym go głodzie. Był szczęśliwy, mając możliwość zabawienia się tymi połyskującymi narzędziami śmierci.
— Chodźmy już stąd — zaproponował Faxom ruszając w stronę drzwi.
— Dokąd? — zapytał Edsel. Oglądał właśnie następny okaz marsjańskiego uzbrojenia, pasujący doskonale do układu jego dłoni.
— Wracajmy na kosmodrom — powiedział Faxon. Polecimy na Ziemię, sprzedamy ten towar, tak jak zamierzaliśmy. Uważam, że możemy wziąć za to każdą cenę, absolutnie każdą cenę. Każdy rząd zapłaci miliardy za taki arsenał jak ten.
— Zmieniłem zamiar — oświadczył Edsel. Kącikiem oka obserwował Parkego. Szczupły mężczyzna chodził między równo ułożonymi stertami uzbrojenia, ale jak dotąd nie dotknął żadnej sztuki.
— Słuchaj, ty — odezwał się Faxom patrząc na Edsela — ja finansowałem tę ekspedycję. Zamierzaliśmy sprzedać ten towar. Mam prawo… hm, zresztą, może i nie…
Nie wypróbowana jeszcze broń wymierzona była wprost w jego żołądek.
