
– Nie sądzę, by ktoś jej o tym powiedział. W przeciwnym razie stanęłaby na głowie, by do tego nie dopuścić. – Robert uśmiechnął się lekko. – Biedna Daisy. – Pochylił się ku niej i delikatnie potargał jej niesforne loki, wymykające się spod elastycznej opaski. – Nie masz racji, twierdząc, że będziesz wyglądać jak kaczka. Kaczki kołyszą się na boki, a ty chodzisz prosto.
Daisy musiała bardzo się starać, by powstrzymać rumieniec zakłopotania, ale nie do końca jej się to udało.
– Naprawdę? – spytała słabym głosem.
Uśmiechnął się szeroko. Och, zrobiłaby prawie wszystko, by Robert częściej uśmiechał się do niej w ten sposób!
– Z pewnością miałaś na myśli kaczątko.
– Masz rację. Kaczątka są puszyste, żółte i…
– Puszyste, żółte i…
– Nie mów mi tylko, że ładne i rozczulające!
– Nigdy bym na to nie wpadł – powiedział poważnie, ale jego ciepłe, jasnobrązowe oczy śmiały się do niej serdecznie. – Masz przecież o wiele za duży nos.
– Dzięki.
– A twoje usta…
– W porządku, rozumiem. Powinnam rozbić lustro na dwadzieścia kawałków.
– Na trzydzieści – poprawił ją uprzejmie. – Szczerze mówiąc, nie rozumiem, czym tak się przejmujesz. Naprawdę uważam, że będziesz wyglądać uroczo.
O Boże!
– Nie jestem stworzona do aksamitów i tiulów – powiedziała zdecydowanie. Perfekcyjnie skrojone kostiumy, proste sukienki oraz jedwabne koszule były bardziej w jej stylu, ukrywały bowiem zbyt szerokie ramiona i brak krągłości. – A już na pewno nie chcę zakładać na nogi pantofelków Mary Janes ani wplatać we włosy pączków róży. Będę wyglądać jak sześcioletnia dziewczynka!
– Pantofelki Mary Janes?
– Takie lakierki zapinane na pasek. Nienawidziłam ich już jako mała dziewczynka.
– Och, rozumiem.
