
– Pani znała Weronikę Fiałkowską?
– Znałam – przyznała się od razu Grażynka. – Czy mogłabym dostać kawy? Chętnie zapłacę, niby z bliska jadę i taka znowu strasznie zmęczona nie jestem, ale przy kawie przyjemniej się rozmawia. Chyba że panowie preferują piwo, na tym drezdeńskim weselu do piwa przywykłam.
Panowie woleli kawę i poczęstowali przesłuchiwaną za darmo.
– Kiedy pani widziała Weronikę Fiałkowską ostatni raz?
– W przeddzień wyjazdu. Zaraz, niech policzę… Osiem dni temu.
– Była pani u niej z wizytą?
– Byłam.
– Po co?
Grażynka westchnęła ciężko.
– O, proszę panów, długo by mówić. Chcą panowie od początku czy tylko efekt końcowy?
Panowie przez chwilę byli niezdecydowani, co wywołało małą przerwę w konwersacji, aż zdanie prokuratora przeważyło. Z natury był ciekawszy niż nadkomisarz, zdążył się już przywiązać do pierwszej koncepcji śledczej i bardzo pragnął jej potwierdzenia.
– Wszystko nas interesuje, a ta ostatnia wizyta szczególnie.
– Byłam z nią umówiona – wyznała smętnie Grażynka. – Robiłam spis znaczków jej nieżyjącego brata. Właściwie przepisywałam jego spis i trochę sprawdzałam, czy się wszystko zgadza. Dosyć długo to trwało. Skończyłam i wyszłam.
– I w jakim stanie ją pani zostawiła?
– Zniecierpliwienia. Prawie w drzwiach już stała. Też chciała wyjść, wybierała się do restauracji, tak w każdym razie mówiła.
– I wyszła?
– Nie wiem. Nie widziałam.
– Jakoś nikt nie widział – skomentował prokurator z przekąsem. – Ciekawe…
Atmosfera potępienia zapanowała w pomieszczeniu, bo najwyraźniej w świecie podejrzana szła w zaparte. Nie zatrzymano jednakże Grażynki w areszcie, nadkomisarzowi coś się bowiem nie zgadzało, ponadto areszt był akurat mocno zatłoczony i nie dało się jej tam upchnąć. Wzbroniono tylko wyjazdu z miasta pod groźbą poszukiwania listem gończym.
