
– Po jednej knajpie – sprostowała Grażynka. – Miała swoją, umówioną.
– Dobrze, po jednej, dostawała pożywienie. Poszła w końcu tego wieczoru czy nie?
– Osobiście sądzę, że poszła, nie sznurowałaby butów tylko dla kamuflażu. Miała takie wysokie, staroświeckie, sznurowane buciki, mogła przecież udawać, że chce iść w czymkolwiek, bodaj w kapciach. Ale tego wyjścia nie widziałam, a co gorsza, słyszałam, jak zamykała za mną drzwi. Przekręcała klucz. Nie przyznałam się do tego policji.
– A nie ma w tym domu tylnego wyjścia? – spytałam podejrzliwie.
Grażynka zaczęła sobie usilnie przypominać.
– A wiesz… Może i jest. Ja tam bywałam od frontu, ale mi się jakoś majaczy… Jak to pranie z nią zbierałam… Część wisiała z tyłu, w ogródku, i ona jakoś z tym naręczem znikła… Wcale nie widziałam, żeby leciała dookoła domu, do frontowych drzwi!
– Zatem tylne wyjście jest i ona tamtędy wyszła – rzekłam stanowczo. – I tamtędy wróciła. Dlatego jej nikt nie widział. Gdzie leżała jako zwłoki?
– Nie mam pojęcia, nie powiedzieli mi. Z pytań wywnioskowałam, że gdzieś w środku domu, ale nie wiem dokładnie gdzie. Nie wierzą mi. Myślisz, że mnie oskarżą?
– Puknij się. Przecież brała żarcie w knajpie, skoro nazajutrz facetka przyleciała po półmisek. A ty wróciłaś do tej twojej Madzi. Tu chyba też, jak wszędzie, ludzie mają zegarki.
– Nie muszą na nie bez przerwy patrzeć – zauważyła Grażynka ponuro. – Skąd ty właściwie to wszystko wiesz? Przecież dopiero co przyjechałaś!
No owszem, przyjechałam dopiero co, ale droga z Warszawy do Bolesławca trwa parę godzin, a przez parę godzin można przez telefon załatwić mnóstwo spraw. Drogą kolejnych kumoterskich przybliżeń uzyskałam owe wstępne informacje od młodej żony protokólanta, która to żona była bratanicą dawnego współpracownika Janusza, mojego osobistego konkubenta.
