
W wersalskiej atmosferze usadzono mnie naprzeciwko dwóch panów, prokuratora i nadkomisarza. Prokuratura w Bolesławcu najwidoczniej nie była zawalona pracą, skoro jej przedstawiciel mógł sobie pozwalać na osobisty udział w dochodzeniu. Istniał kiedyś w prokuraturze wydział dochodzeniowy, prokuratorzy z dochodzeniówki nadzorowali śledztwa, ale nie miałam pojęcia, czy ów podział istnieje nadal i czy prokurator nie siedzi tu dla własnej, prywatnej przyjemności. Nawet jeśli, właściwie nie miałam nic przeciwko temu.
Odwaliłam personalia i usłyszałam pierwsze pytanie:
– Czy zna pani może Weronikę Fiałkowska?
Zniecierpliwiłam się od razu.
– Proszę panów, szkoda czasu na te podstępy, nawet gdybym ją znała kiedykolwiek, czas teraźniejszy nie wchodzi w rachubę. Całe miasto wie, że padła ofiarą morderstwa. Ale nie znałam jej, wiedziałam tylko, że istnieje. I nic poza tym.
– Skąd pani wiedziała?
– Od Grażyny Birczyckiej, waszej, o ile się orientuję, pierwszej podejrzanej.
– I co pani wiedziała od pani Birczyckiej?
– Że Weronika Fiałkowska mieszka w Bolesławcu i że jest spadkobierczynią brata. Dowiedziałam się o tym, kiedy ten brat umarł, a interesował mnie, ponieważ miał kolekcję znaczków. Spadkobiercy często sprzedają zbiory po nieboszczykach.
Nie spodobały im się moje odpowiedzi, Bóg raczy wiedzieć dlaczego, bo były przecież jasne i obszerne. Możliwe, że mieli przygotowany jakiś inny zestaw pytań i weszłam im w paradę.
– I pani chciała kupić?
– Sądzę, że tak. Najpierw chciałam się dowiedzieć, co tam jest.
– I po to pani kręciła się dziś koło domu denatki? – spytał kąśliwie prokurator.
Z kąśliwymi prokuratorami miałam do czynienia, żadne dziwo dla mnie.
