
Tłum zaszemrał sylabami niezrozumiałymi jak przekomarzanki dochodzące zza sceny w teatrze. Piłeczka wzbiła się w powietrze, pomruki się natężyły. Można już było rozróżnić słowa, a zaraz potem zdania: „Wyborne zagranie”, „Super uderzenie”, „Przepięknie strzelił”, „Kapitalnie kropnął”.
– Panie Bolitar?
Myron odjął peryskop od oczu. Z chęcią zawołałby „Peryskop w górę!”, gdyby nie obawa, że w snobistycznym dostojnym Klubie Golfowym Merion uznają to za dziecinadę. Szczególnie podczas Otwartych Mistrzostw Stanów. Spojrzał na rumianego jegomościa koło siedemdziesiątki.
– Pańskie spodnie – powiedział.
– Słucham?
– Boi się pan wpaść pod wózek golfowy? Pomarańczowo-żółte portki miały odcień o ton jaskrawszy od wybuchającej supernowej, ale ich właściciel bynajmniej nie wyróżniał się strojem. Większość widzów obudziła się widać z dylematem, w co się odziać, by pasowało do otoczenia jak pięść do nosa. Wielu wybrało oranże i zielenie, jakimi świecą najtandetniejsze neony. Dużym powodzeniem cieszył się też kolor żółty oraz dziwne odcienie fioletu, najczęściej w zestawieniach odrzuconych przez wszystkie pomponiarki ze szkół średnich na Środkowym Zachodzie. Czyżby kogoś tak zakłuło w oczy stworzone przez Boga naturalne piękno, że postanowił je zeszpecić? A może zadziałał tu inny mechanizm? Może owa papuzia konfekcja miała bardziej praktyczne źródło? Może w czasach, gdy zwierzęta biegały wolno, golfiści odstraszali ciuchami dziką faunę? Niezła teoria.
– Musimy porozmawiać – szepnął starszy pan. – W pilnej sprawie.
Jowialna krągłość jego policzków przeczyła błagalnemu spojrzeniu.
– Proszę – dodał, chwytając Myrona za rękę.
– O co chodzi?
Nieznajomy poruszył szyją, jakby uwierał go ciasny kołnierzyk.
– Jest pan agentem sportowym, prawda?
– Tak.
– Jest pan tu, żeby zdobyć klientów.
Myron zmrużył oczy.
– Skąd pan wie, że nie podziwiam fascynującego spektaklu, jakim są spacerujący dorośli?
