
— Winda to, to środek. Do… wznoszenia się… Narzędzie.
— Nie, jeśli jej nie kontrolujemy — odparła Ann ostrożnie, jakby pouczała dziecko.
— Kontrola… — odezwał się Sax, po czym zamyślił się nad tym słowem, jak gdyby było dla niego zupełnie nowe. — Wpływ? Jeśli windę może zerwać każdy, kto tego naprawdę chce, w takim razie… — Przerwał i ponownie zatracił się w myślach.
— W takim razie co? — podsunęła Ann.
— W takim razie, można powiedzieć, że kontrolują ją wszyscy. Zgodna egzystencja. Czy to oczywiste?
Miała wrażenie, że słuchała kogoś, kto tłumaczy z innego języka. To nie był Sax. Ann potrafiła jedynie potrząsać głową i łagodnie spróbować wyjaśnić, że winda to środek lokomocji, za pomocą którego metanarodowcy docierają na Marsa. Jest teraz w posiadaniu tamtych, a rewolucjoniści nie mają możliwości usunięcia z niej ich sił policyjnych. Jedyną sensowną decyzją w takiej sytuacji było zerwanie kabla. Trzeba ostrzec pasażerów, przedstawić im plan działania, a następnie wykonać zadanie.
— Straty w ludziach byłyby minimalne. Ci, którzy zginą, staną się ofiarą własnej głupoty, pozostając na kablu albo na równiku…
Na nieszczęście, słowa Ann usłyszała stojąca na środku sali Nadia i potrząsnęła głową tak gwałtownie, że kosmyki siwych włosów podfrunęły jak kołnierz klauna. Od czasu Burroughs Nadia ciągle jeszcze gniewała się na Ann bez żadnego konkretnego powodu, toteż teraz Ann, widząc jak Rosjanka podchodzi do nich, obrzuciła ją piorunującym spojrzeniem.
— Potrzebujemy windy — odezwała się uprzejmie Nadia. — Stanowi nasz środek transportu na Ziemię, tak samo jak dla Ziemian — środek lokomocji na Marsa.
