
— Oszczędzające paliwo urządzenie, które umożliwia przenoszenie masy.
Sax tracił poczucie rzeczywistości i wydawał się coraz bardziej obcy. Przez dość długi czas nikt nie zwracał na Ann uwagi, a Nadia kontynuowała wypowiedź na temat znaczenia kabla w kontroli orbity, przesyłaniu informacji i tym podobnych kwestii.
W pewnej chwili „obcy Sax” przerwał Nadii, jak gdyby w ogóle jej nie słuchał.
— Obiecaliśmy… pomóc im odejść.
— Wysyłając im więcej metali? — spytała Ann. — Czy naprawdę ich potrzebują?
— Można by… przyjąć ludzi. To mogłoby pomóc.
Ann pokręciła głową.
— Nigdy nie zdołalibyśmy ich w tym względzie zaspokoić.
Sax zmarszczył brwi. Nadia zauważyła, że jej nie słuchają, i odwróciła się w stronę stołu. Sax i Ann zamilkli.
Zawsze się kłócili. Nigdy nie przyznali się przed sobą do żadnego błędu, nigdy nie wchodziły w grę żadne kompromisy, nigdy nie osiągali porozumienia. Spierali się, używając stale tych samych słów, które dla każdego z nich oznaczały zupełnie coś innego; właściwie nawet nie zwracali się do siebie. A przecież kiedyś było inaczej, kiedyś mówili tym samym językiem i rozumieli się. Miało to jednak miejsce tak dawno temu, że Ann nawet nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy. Na Antarktydzie? Gdzieś. Ale nie na Marsie.
— Wiesz — powiedział Sax przyjacielskim tonem, jak gdyby znowu zmienił się w kogoś innego — to nie milicja „czerwonych” skłoniła Zarząd Tymczasowy do ewakuacji z Burroughs i reszty planety. Gdyby dokonali tego nasi partyzanci, wówczas Ziemianie ścigaliby ich i nawet mogliby schwytać. Z masowych demonstracji w namiotach jasno wynika, że prawie wszyscy na planecie są przeciwko nim. Oto, czego wszystkie rządy obawiają się najbardziej — masowych protestów w miastach. Gdy setki tysięcy ludzi wychodzą na ulice i manifestują za odrzuceniem aktualnego systemu. To właśnie Nirgal ma na myśli, kiedy mówi, że potęgę władzy danego kraju widać w spojrzeniach ludzi, jego mieszkańców. A nie w lufach karabinów.
