
— Hiroko nam pomoże — rzucił któryś z młodych, przerywając milczenie w sunącym ponad marsjańskim lądem pociągu.
Ann potrząsnęła głową.
— Hiroko jest „zielona” — zauważyła — na wskroś „zielona”.
— Ależ to ona wynalazła areofanię — sprzeciwił się młody tubylec. — Nasza planeta jest dla niej najważniejsza. Hiroko nam pomoże, jestem o tym przekonany. Spotkałem ją kiedyś i tak mi powiedziała.
— Tyle że ona nie żyje — wtrącił ktoś.
Znowu zapadło milczenie.
W końcu wstała jakaś wysoka, młoda kobieta. Ruszyła przejściem między fotelami, podeszła do Ann i uściskała ją. Tym gestem odczyniła złe uroki. Zrezygnowano ze słów. Tubylcy wstali i podążyli ku przodowi pociągu, gdzie zbierali się wokół Ann; ściskali ją i chwytali za ręce lub po prostu dotykali jej ubrania. Ann Clayborne — ta, która nauczyła ich kochać Marsa dla niego samego, ta, która poprowadziła ich do walki o uniezależnienie się od Ziemi, i chociaż jej przekrwione oczy pozostały niewzruszone, patrząc pomiędzy zgromadzonymi na sponiewierany skalisty obszar masywu Tyrrhena, stara kobieta uśmiechała się. Ona także ściskała młodych Marsjan i wyciągała ręce, aby dotknąć ich twarzy.
— Wszystko będzie dobrze — oświadczyła. — Oswobodzimy nasz świat.
Niemal chórem odkrzyknęli, że tak się stanie, i wzajemnie sobie gratulowali.
— Do Sheffield — powiedziała Ann. — Dokończyć pracę. Mars sam nam powie, co mamy robić.
