
Twarz syna pojawiła się na nadgarstku Ann. Był do niej bardzo podobny, co nagle dziwnie ją zaniepokoiło. Natychmiast zauważyła, że jest roztargniony. Najwyraźniej absorbowało go coś zupełnie innego niż rozmowa z matką.
— Jakieś nowiny? — spytała.
— Nie. Znaleźliśmy się chyba w swego rodzaju impasie. Pozwalamy im się swobodnie przemieścić w rejon windy i tym samym zdobyć kontrolę nad stacją kolejową, lotniskami na południowym stożku oraz linią kolei podziemnej stąd do „gniazda”.
— Przyleciały samoloty, które ich ewakuowały z Burroughs?
— Tak. Najwyraźniej większość ludzi odleci na Ziemię. Tutaj jest bardzo tłoczno.
— Wracają na Ziemię czy na naszą orbitę?
— Na Ziemię. Nie sądzę, aby jeszcze ufali orbicie.
Uśmiechnął się. Peter sporo działał w przestrzeni, wspomagając między innymi wysiłki Saxa. Jej syn, kosmonauta, reprezentant „zielonych”! Z powodu różnic politycznych przez wiele lat ledwie ze sobą rozmawiali.
— No, więc, co zamierzasz teraz zrobić? — spytała Ann.
— Nie wiem. Nie sądzę, żeby udało nam się przejąć windę albo „gniazdo”. Po prostu nie ma takiej możliwości. Zresztą, nawet gdyby była, tamci w każdej chwili mogą zerwać windę.
— A zatem?
— No cóż… — Peter nagle spojrzał na nią z niepokojem. — Ten pomysł nie wydaje mi się dobry. A tobie?
— Ja uważam, że kabel powinien spaść.
Teraz w spojrzeniu syna pojawiła się irytacja.
— Lepiej więc trzymaj się z dala od linii ewentualnego upadku.
— Będę.
— Nie chcę, żeby ktoś zrywał kabel bez wcześniejszej wnikliwej dyskusji — oświadczył ostrym tonem. — To ważne. Decyzję powinna podjąć cała marsjańska społeczność. Osobiście sądzę, że winda jest nam potrzebna.
