Panna Beale była ostatnią osobą, której należałoby wyjaśniać funkcję i obowiązki instruktora klinicznego albo rozwój metod nauczania. Zastanawiała się, czy doktor Courtney-Briggs nie zapomniał, do kogo przemawia. Ten elementarny wykład byłby bardziej stosowny dla nowych członków zarządu szpitala, którzy zwykle równie mało znali się na systemie szkolenia pielęgniarek, jak i nie mieli pojęcia o innych problemach. Miała wrażenie, że chirurg ma głowę zaprzątniętą czymś innym. A może to tylko nieistotna dla słuchacza paplanina egotysty, który nie umie wytrzymać ani chwili bez kojącego brzmienia własnego głosu? Jeśli tak, im szybciej wróci do swoich pacjentów i pozwoli inspekcji obyć się bez siebie, tym lepiej.

Mała procesja przeszła przez mozaikowy hol do sali na froncie budynku. Panna Rolfe wysunęła się do przodu, otworzyła drzwi i cofnęła się, żeby ich przepuścić. Doktor Courtney-Briggs z kurtuazją wprowadził pannę Beale. Natychmiast poczuła się u siebie. Mimo niecodziennego wystroju – dwóch wielkich okien z kolorowymi witrażami, ogromnego, marmurowego kominka, wspartego na rzeźbionych figurach, wysokiego, kasetonowego stropu, zbezczeszczonego trzema jarzeniówkami – przypomniały jej się studenckie czasy, znajomy, bezpieczny świat. Były tu wszystkie akcesoria jej zawodu: rzędy oszklonych gablotek z precyzyjnie ułożonymi, lśniącymi instrumentami; wykresy na ścianach, ukazujące krążenie krwi i proces trawienia; tablica pokryta pyłem na wpół zmazanych notatek z ostatniego wykładu; wózki szpitalne z tacami wyłożonymi białym płótnem; dwa łóżka do pokazów, jedno z lalką wielkości naturalnej usadzoną na poduszkach; nieunikniony szkielet, wiszący na swojej szubienicy w samotnym zaniedbaniu. Nad wszystkim unosił się przenikliwy, wszechobecny zapach środków dezynfekujących. Panna Beale wciągnęła go do płuc jak narkomanka. Bez względu na wady samej sali ćwiczeń, niedostatek wyposażenia, światła i mebli w panującej tu atmosferze czuła się jak w domu.



12 из 296