
Ale bliźniaczka, która z pewnością łatwo poradziłaby sobie z prawdziwą pacjentką, czuła się wyraźnie skrępowana wobec koleżanki. Tłumiąc chichot, mruknęła parę słów do nieruchomej postaci na łóżku i niemal rzuciła jej rurkę. Panna Pearce, nadal patrząc nieruchomo przed siebie, wymacała rurkę lewą ręką i przyłożyła do ust. Potem zamknęła oczy i przełknęła. Mięśnie jej gardła zacisnęły się konwulsyjnie. Odczekała chwilę, wzięła oddech i znów przełknęła. Rurka skróciła się. W sali ćwiczeń panowała martwa cisza. Panna Beale czuła się nieszczęśliwa i spięta, choć nie wiedziała dlaczego. Była to może niecodzienna sytuacja, aby ćwiczyć sztuczne odżywianie na studentce. Nieczęste, ale spotykane. W szpitalu rurkę zwykle podawał lekarz, jednak równie dobrze można było to powierzyć pielęgniarce. Lepiej uczyć się na sobie nawzajem niż na ciężko chorych ludziach, a lalka nie mogła zadowalająco zastąpić żywego człowieka. Sama kiedyś w szkole grała rolę pacjentki przy tym zabiegu i połknięcie rurki poszło jej zadziwiająco łatwo. Patrząc teraz na konwulsyjne ruchy gardła panny Pearce i przełykając wraz z nią z podświadomą solidarnością, przypomniała sobie, po trzydziestu latach, nagły chłód, gdy rurka prześliznęła się przez podniebienie miękkie i uczucie zdumienia, że to takie proste. Ale było coś żałosnego i przykrego w tej zastygłej, pobladłej postaci, leżącej nieruchomo na łóżku z mocno zaciśniętymi oczami, śliniaczkiem pod brodą i cienką rurką wystającą z kącika ust, zwijającą się jak robak. Panna Beale miała wrażenie, że obserwuje niepotrzebne cierpienie, że cały ten pokaz to akt przemocy. Przez chwilę musiała walczyć z sobą, by nie wstać i nie zaprotestować.
Jedna z bliźniaczek przytwierdzała teraz dwudziestomilimetrową. strzykawkę do końca rurki, żeby wciągnąć trochę soków żołądkowych i sprawdzić, czy drugi koniec sięgnął żołądka. Jej ruchy były spokojne i pewne. Może to wina bujnej wyobraźni, ale panna Beale miała wrażenie, że w sali panuje nienaturalna cisza.